piątek, 27 stycznia 2017

Rozdział 69 - Coś podobnego

Zawsze podobał mi się pomysł Maronki: kontakt Tommy'ego Joe z Kościołem taki jaki zawarła w Piaskowym Gołębiu. Lubię tematy związane z wiarą, bo wiary nigdy nie da się do końca zrozumieć, a może to ona nie nadąża za ludźmi...
Kolejny odcinek przed wami.
Chachi, proszę o następny komentarz! Przez telefon też można komentować :)
Aj, jeszcze jedno! Adasiowi życzę oczywiście tysiąca zdrowych lat! Bo przecież TAKI artysta nie może zbyt szybko umrzeć, prawda? Wgl, wyobrażacie sobie go np. w wieku 70? A my nadal będziemy za nim szaleć? Jej, to takie zabawne mi się wydaje, ale taki mnie czeka los, bo się już nie odkocham <3

Rozdział 69
Coś podobnego

Zrozumienie nigdy nikomu nie przychodzi łatwo. Czasem informacje, które umysł musi przyswoić są zbyt trudne, nigdy wcześniej niespotkane. Miłość. Czy miłość jest niespotykana? W romantycznej kawiarni całują się staruszkowie. Młodzi robią to w kinie lub parku, czasem nawet na ulicy. Miłości nigdy dotąd nie było w sercu Tommy'ego Joe. Czasem jej chciał, czasami nie chciał. Nigdy wcześniej jej nie odczuł. Aż do teraz. A teraz... Nie potrafił jej zrozumieć. Nie chciał zrozumieć.

Jak się to mogło stać?

Zawsze omijał ten temat. Adam jest tylko przyjacielem – mówił sobie. Choć wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazywały mu jasno: on zawsze był kimś więcej.

Nieraz mówił mi, że mnie kocha.

Tommy zawsze skutecznie ignorował te słowa. Wiedział, że gdyby się nad nimi zastanowił, odpowiedziałby tym samym.

Nie mów nic, bo jeśli coś powiesz, tylko je powtórzysz. Kocham go. Kocham go, choć miałem nadzieję, że już nigdy mi się to nie przytrafi. Kocham. Kocham mężczyznę! Jak to się mogło stać?!

Kolejny raz powtórzył pytanie, które miażdżyło jego czaszkę od wewnątrz. Bolała go głowa, brakowało mu sił. Wspinał się po schodach na piąte piętro. Szedł do jedynego na tym świecie człowieka, do którego mógł się zwrócić.

Isaac był zaskoczony wizytą przyjaciela. Tym bardziej zdziwił się, widząc go opuchniętego od płaczu i roztrzęsionego. Na wymamrotane słaby głosem „mogę wejść?” bez słowa wpuścił chłopaka do mieszkania; posadził na kanapie z rozkazem, by się rozgrzał. Teraz siedzieli oboje milczący na kanapie. Carpenter nie chciał ponaglać przybysza do zwierzeń. Tommy nie zdobył jeszcze siły, by to zrobić. Ogrzewał się teraz kubkiem herbaty, ale to nie uspokajało jego rozstrojonych nerwów. Postanowił coś powiedzieć dopiero po krótkiej chwili.

- Pamiętasz dzień, w którym powiedziałem ci, że jeśli zmienię orientację, dowiesz się pierwszy? - Zagaił rozmowę z półuśmiechem. Przypomniał sobie tamten poranek, tak jak przypomniał sobie Isaac.

- Doskonale. - Szatyn uśmiechnął się. - Chłopaki do dziś zastanawiają się, co ten facet robił u ciebie.

- Jutro zapewne spotkamy go w sądzie. To brat Mitchela. - Zdawkowa odpowiedź wywołała osłupienie. Nie wiedziałeś. Skąd miałeś wiedzieć?

- To... Jego? Nie wiedziałem. A my myśleliśmy...

- To już przeszłość. Nieistotna... Tak mi się wydawało. Ale pocałowałem go, sądząc, że to po prostu jakiś zwykły, nikomu z nas nieznany facet. Zrobiłem to, chociaż przeczuwałem, że to jakaś pułapka. - Tommy poczuł się silny. W końcu mógł komuś o tym opowiedzieć. Chciał mówić, bo obawiał się, że za chwilę znów zabraknie mu na to odwagi.

- To nie twoja wina, to Mitchel...

- Nie, Isaac. - Brutalnie zaprzeczył. Przecież ty nic nie rozumiesz, muszę mieć to na uwadze. Posłuchaj mnie, proszę. Błagam. - To byłaby jego wina, gdybym po prostu go pocałował, a potem do was wrócił, ale mimo że to, co zaszło między mną i Alexem to tylko pocałunek i nic więcej, to tylko dlatego, że nawet gdybym chciał, to byłem zbyt pijany, by zrobić coś mniej lub więcej.

- Tommy, o czym ty mówisz, do cholery? To ta rozprawa, tak? Stresujesz się? Nie chcesz iść? To dlatego do mnie przyszedłeś? - Bębniarz spytał ponaglająco, ale Tommy odpowiedział mu z takim samym jak poprzednio spokojem.

- Nie, Is. Mitchel, sam o tym nie wiedząc, uświadomił mi, że mogę być kimś innym niż jestem. I strasznie się tego boję. Boję się jak cholera, że mogę być pieprzonym pedałem! - Powiedział przez łzy i zakrył usta dłonią. Jego oczy desperacko wpatrywały się w kubek, w którym tafla do połowy wypitej herbaty była teraz mocno zaburzona.

- Tom, o czym ty mówisz? - Powtórzył się Isaac. Odłożył swój kubek i z niedowierzaniem spojrzał na Ratliffa. Blondyn jednak nie żartował. Desperacja w jego oczach nie była fałszywa. - Nie możesz być gejem, Tommy! Skąd takie podejrzenia? To był tylko pocałunek. Jeden pocałunek i nic więcej, prawda? - Perkusista zerwał się z kanapy i błyskawicznie wyjął z jakiejś szafy pudełko papierowych chusteczek. Podał je chłopakowi, którego ręce łapczywie się ich domagały.

- Zakochałem się w Adamie. - Wydukał przez łzy. - Ja... Kocham go i nic nie mogę na to poradzić. Nie mogę... Nie mogę przestać o nim myśleć. Nie mogę przestać się o niego troszczyć, nie mogę przestać mu ufać. Nie mogę... Kocham go.

Wyznanie Toma wywołało u mężczyzny ogromne wrażenie. Tommy zawsze bronił się przed takimi oskarżeniami, a zespół na początku współpracy często z niego drwił. Z czasem wszyscy się przyzwyczaili do jego dziewczęcego wyglądu i oryginalnego stylu z mocnym makijażem i wiecznie pomalowanymi paznokciami na czele. Czasem wzbudzał nawet ich zazdrość – to jego fanki kochały najbardziej. Nawet Mitchel to zauważył. Myśleli, że właśnie dlatego się odgraża. A teraz... Tommy Joe Ratliff gejem? Może jest na to jakieś inne wytłumaczenie.

- Tom, może to tylko zauroczenie. Jesteś pewien, że to miłość?

- Chcę być z nim przez cały czas. Chcę tylko jego. Wszystko inne przestało się liczyć. Kariera, całe moje życie. Nawet muzyka! Muzyka, która zawsze była na pierwszym miejscu! Chciałem wyjechać do Londynu i tam rozpocząć nowe życie. Ale teraz już nie chcę. Chcę jechać z nim do Los Angeles i żyć jego występami. Nawet jeśli miałbym kraść bilety.

- To może nic nie oznaczać. To... To może być miłość platoniczna. Nie jesteś gejem, Tommy. - Bardziej próbował przekonać siebie niż Ratliffa. - Przeżyłeś tylko jeden pocałunek z facetem!

- Jeden z Alexem. Miliony z Adamem. I nie tylko pocałunków. Każdy jego dotyk wywołuje u mnie dreszcze, a ja chcę więcej. Ja...

- Stop! Ratliff, cholera! Wierzę ci. Chociaż. Niech to szlach, to nie do pomyślenia. - Machnął ręką znacząco, ale kontynuował. - Ty? Gejem? Tommy, dopiero co opowiadaliśmy sobie o naszych byłych! Także twoich. Chyba mi nie powiesz, że nic nie czułeś do tamtych dziewczyn? A Carmen? - Zerwał się z łóżka, by trochę pochodzić, zastanawiając się nad sytuacją. Drapał się po głowie, jakby to miało pomóc w rozgryzieniu Rafliffa. Co mu teraz doradzić? Jak przekonać?

- Może oszukiwałem samego siebie. Może czułem coś do nich albo tak bardzo chciałem je kochać, że to sobie wmówiłem. Żadne wcześniejsze uczucie nie było tak silne jak to. Teraz zdaje mi się, że żaden pocałunek z kobietą nie jest tak emocjonujący jak choć najkrótszy pocałunek z Adamem. Nie wiem już, co mam o tym myśleć. Ja nie chcę być gejem, Isaac! Powiedz mi! Co... Ja mam robić...

- Cholera, Tom... Nie wiem. Może on jest wyjątkiem? Może nie może zawrócić ci w głowie żaden mężczyzna prócz Adama? Może... Nie wierzę, że to mówię, ale może to ten jedyny? Nie znam się na tym. Ja to po prostu poczułem do Sophie i od razu wiedziałem, że to ona. Ty znasz Adama nie od dziś. Choć może ty potrzebujesz czasu, by się zakochać, nie wiem. Co teraz zamierzasz? Czy on... Odwzajemnia to uczucie? - Spytał znów, siadając tym razem na bocznym oparciu kanapy.

- On pierwszy mnie pokochał. Chociaż... Może oboje zrobiliśmy to w tym samym czasie. Ale on pierwszy odkrył to w sobie... Kiedy żegnałem się z tobą.

- Zaraz, co? - Isaac poprosił o powtórzenie, ale Tommy tylko się uśmiechnął.

- Uścisnąłeś mnie na pożegnanie, a on poczuł wielką zazdrość. Wtedy uświadomił sobie, że mnie kocha. W każdym razie tak mi powiedział. - Wytłumaczył. Carpenter nie wiedział, jak się do tego odnieść, więc tylko krótko prychnął. Tom mówił dalej. - W każdym razie wiem, że mnie kocha.

- Ale on nie wie, że ty jego też? - Zapytał Isaac, by się upewnić. Wiedział, że odpowiedź jest twierdząca. Długa cisza była głośnym „tak”.

- Nie mów mu, proszę. On nie może wiedzieć! - Powiedział głośnym szeptem, patrząc w swoje podkulone kolana.

- Dlaczego nie? - Spytał wesoło Isaac i w tym momencie poczuł dłoń zaciskającą się na jego nadgarstku.

- Nie może. Jeśli się dowie... Nie wyjedzie. Nie wróci do „American Idol”. Jego kariera legnie w gruzach! On musi wygrać ten program. Musi spełnić marzenia, ale ja wiem, że ten program mu to umożliwi. Ja się nie liczę. Ja jestem tylko...

- Jego ukochanym. - Dokończył perkusista, a potem ponownie przywitali w pokoju ciszę.

- Ja się nie liczę.

- Więc chcesz się dla niego poświęcić? - Oparł się o kanapę dłońmi i zwrócił całym sobą w stronę przyjaciela. Ten spojrzał na niego oczyma pełnymi nadziei. Powiedz mi coś, co mnie powstrzyma. Powiedz mi, że ja i Adam już nigdy się nie rozdzielimy i będzie liczyć się tylko nasza miłość. Tylko my. - To bardzo szlachetne. I głupie zarazem. Wcale nie myślisz o sobie. A co z tobą? Co będzie, jeśli już więcej go nie zobaczysz?

- Wyjadę do Londynu, spróbuję normalnie żyć, wymazać go z pamięci.

- A ja będę ci wytykać, że tego chciałeś. Będę cię prześladował, zoba... - W dokończeniu przerwał mu jeden czuły gest. Tommy przytulił się do niego całym ciałem. Znieruchomiał.

- Przepraszam. Potrzebowałem tego. - Wytłumaczył mrukliwie blondyn. Dopiero wtedy Carpenter nachylił się ku niemu i odwzajemnił gest.

- Cholera, jednak jesteś ciotą, Tommy. Na sto procent... Tylko nie ciągnij mnie na zakupy, co? Błagam! Wystarczy mi Sophie. - Zażartował i odkleił się od drugiego muzyka.

- To takie surrealistyczne, Is. Jeśli rzeczywiście jestem inny... Czy to coś złego? Czy... Czy to Bóg w końcu mnie znienawidził i ta miłość jest karą?

- Pleciesz, Tom. Od kiedy to mówisz o Bogu? Ty – niewierzący? Miłość raczej jest nagrodą niż karą. I wiesz... Skoro postanowiłeś pozwolić mu odejść, to ciesz się tym darem póki możesz. - Dał mu dobrą radę i na tym zakończyli temat.

Rozmawiali potem o bieżących sprawach i głupstwach. Śmiali się, czasem przybierali powagę, by potem znów żartować. Tommy jednak cały czas myślał o Adamie. Chciał nauczyć się kochać i nauczył się w jednej sekundzie, kiedy odnalazł tę miłość w sobie. Nie wiedział, że może być aż tak piękna i że coś tak pięknego może istnieć naprawdę. To uczucie nadal było jak fikcja, a prawdą mogło stać się tylko przy Adamie. Tak bardzo cię kocham. I ty mnie kochasz. Kochamy siebie nawzajem. Kochajmy się przez ten krótki czas jaki nam pozostał. Będę czerpał garściami i dawał ci siebie, bo tylko to mam do zaoferowania. A potem wyruszysz w swoją własną drogę, która być może już nie splecie się z moją. A ja nadal będę miał cię w sercu. Tylko ciebie i nikogo innego, Adam.

Długo spacerował po mieście, układając sobie wszystko w głowie. W końcu znalazł się w parku, w którym nawet drzewa nie szumiały swymi gałęziami. Było zupełnie cicho. Jedynym, co słyszał głośno i wyraźnie, były jego własne myśli. Usiadł na ławce, której zimno mu się udzieliło. Odetchnął głęboko zimowym powietrzem. Wtedy przed oczami ukazał mu się Adam.

To była jedynie wizja, ale wydała mu się ona prawdziwa. Stał przed blondynem jak podczas ich pierwszego spotkania. Potem uklęknął na jedno kolano mimo że ziemia była twarda i zmarznięta. Brunet wyciągnął rękę i ogrzał nią lodowaty policzek Ratliffa. Od tak przyjemnego dotyku Tommy aż zamknął oczy. I wtedy wizja się skończyła. W oddali zaczęły bić kościelne dzwony.

Joe tylko przez chwilę był zaskoczony. Potem zmarszczył brwi. Wiedziony instynktem poszedł śladem donośnego dźwięku. Kościół znajdował się na skraju parku. Wcześniej był zasłonięty drzewami, ale gdy gitarzysta podszedł bliżej, ukazał mu się w całej swej krasie. Wielka, górująca nad wszystkim, prostokątna budowla z jedną wieżą-dzwonnicą. Muzyk spodziewał się ludzi spieszących na mszę, ale dźwięk dzwonów symbolizował tylko następną pełną godzinę dnia. O tej porze nie było tu nikogo. Joe obejrzał przednią ścianę, w której otwarte drzwi zapraszały do środka. Anioły po bokach kłaniające się olbrzymiemu krzyżowi, który z Jezusem Chrystusem wznosił się ponad budowlę. Jak z taką potęgą i wielkością mogły się równać małe, proste, nieozdobione, skrzypiące drzwi, które przyciągały uwagę tylko dzięki mosiężnej klamce, którą trudno było wprawić w ruch? Na szczęście drzwi były otwarte. Wewnątrz nie było ciemno, ale nie było też całkiem jasno. Tommy wszedł w aurę półmroku ciekaw, co jeszcze go zaintryguje: co jeszcze gotowe jest stłamsić go swoją wielkością.

Ławki po prawej i lewej. Drewniane jak drzwi. I pewnie tak samo skrzypią. Wiele było tam małych ołtarzyków, przy których paliły się świeczki. Ich zapach wypełniał cały kościół. Migoczące płomyczki przyciągały wzrok. Tworzyły swoją własną majestatyczną aurę. Przyciągały bardziej niż główny ołtarz otoczony bożonarodzeniowymi choinkami. W jednym z kątów znajdował się żłobek – symbol narodzin chrześcijańskiego Bożego Syna.

Tommy Joe usiadł w jednej z ostatnich ławek. Zadumał się, wpatrując w migoczącą swoimi światełkami choinkę. Ja nie mam choinki. Nigdy nie przywiązywałem żadnej wagi do Bożego Narodzenia, ale... Może Adam chciałby choinkę? Może ten symbol coś dla niego znaczy? Nigdy o tym nie rozmawialiśmy... Wracając kupię jakieś drzewko. Nieduże. Trochę bombek, łańcuch, lampki. Może i jest za późno, ale chcę to zrobić dla niego. Bo go... Kocham. Kocham go. Choć to wbrew Twoim zasadom, Boże. Ty widzisz miłość jako związek mężczyzny i kobiety. A jeśli ja kocham faceta, to właśnie w tej chwili całą twoją religię szlag trafił. Nieświadomie zaczął się modlić. Ta rozmowa z Najwyższym przypominała raczej kłótnię, ale ulżyło mu. Ratliff próbował przekonać sam siebie, że to, co czuje, nie jest czymś złym. Czuł się jak triumfator, gdy żaden z jego argumentów nie mógł zostać obalony. Bóg ani razu nie wtrącił się do jego słowotoku. Uporczywie wpatrywał się w obraz za ołtarzem i nie zauważył stojącej obok niego postaci. Spowita była w czerń, uśmiechała się pogodnie.

- Jest piękny, prawda? Taki majestatyczny. - Głęboki głos należący do księdza mimo że miał dotrzeć tylko do jednej osoby, wdzierał się w każdy kąt kościoła. Tommy'ego Joe przeszył on lodowatym dreszczem. Muzyk odwrócił wzrok, zszokowany faktem, że nie zauważył, że ktoś jeszcze znajduje się w świątyni.

- T-tak. Ja... Przepraszam, nie wiedziałem, że ktoś tu jest. - Wydukał. Był blady – speszony tak niedobranym towarzystwem.

- Zawsze po mszy modlę się jeszcze godzinkę w konfesjonale. Za wiernych, którzy zgubili drogę do naszego Pana.

- Doprawdy? - Prychnął Ratliff, podnosząc się z siedzenia. Taka odpowiedź zaciekawiła księdza, który gestem nakazał mu na powrót usiąść.

- Czy coś cię trapi, synu? - Spytał bezpośrednio, zaniepokojony. Podejrzewał, że trafił właśnie na „zbłąkaną owieczkę” – człowieka, który zgubił drogę i chce ją odnaleźć. W głowie księdza zapaliła się chęć niesienia pomocy, ale Tom wcale jej nie pragnął.

- Wielu ludzi trapi wiele spraw, w których rzadko kiedy może pomóc ksiądz. - Spróbował go zbyć.

- A Bóg? - Duchowny nie zamierzał tak łatwo odpuścić.

- Bóg? - Popatrzył ze zdziwieniem Ratliff.

- To w końcu Wszechmogący – wszystko może. Pomóc tobie także. Po to tu przyszedłeś, prawda?

- Na moje oko to On bardziej karci niż pomaga... - Burknął, wiedząc już, że nie wykaraska się z tej rozmowy. Nie sądził, że dowie się czegoś nowego.

- Karci?

- Tak jak z Hiobem. Albo Abrahamem, który miał złożyć swego syna w ofierze. - W dzieciństwie zawsze zwiewał z lekcji religii. Nie oznaczało to jednak, że nic nie wiedział o wierze, której nienawidził. Ten Bóg zawsze inaczej nazywał to, co w prostych słowach było czymś gorszym. U chrześcijan wszystko było łagodne i miękkie podczas gdy świat stawał się coraz twardszy i bardziej nieugięty.

- Jednak Abraham nie zabił swego syna. Mylisz karę z próbą. Bóg wystawia czasem ludzi na próbę wiary, ale dzisiejszy Abraham nie myśli o tym, czy zabić swego syna czy nie, ale o tym, czego sobie odmówić, by móc zapłacić kolejną ratę kredytu. Kupić dzieciom prezenty czy oszczędzić te pieniądze, by za jakiś czas mogły się wykształcić albo pojechać na wymarzone wakacje. Choć czasem to nie Bóg zsyła próby, ale oni sami wytyczają sobie taki los, podejmując decyzje. - Obronił się kapłan.

- Los nie składa się tylko z decyzji. Czasem to tylko przypadek, który stawia przed tobą osobę, w której się zakochujesz. Samoistnie. Chociaż tego nie chcesz, zakochujesz się w niej. Nie mogąc nic na to poradzić. I co z tym zrobić? Poddać się... Jak to ksiądz powiedział? Próbie?

- Ależ chłopcze... - Mężczyzna uśmiechnął się radośnie. Znalazł sedno sprawy i już wiedział, jak poprowadzić tę rozmowę. - Miłość nie jest karą ani próbą. Miłość jest nagrodą. To najlepsze z uczuć jakie Bóg daje tylko wybranym i które należy przyjąć. Dlaczego więc chcesz to uczucie odrzucić?

- Bo zakochałem się w mężczyźnie, proszę księdza. - Tym razem Tommy zasyczał jak wąż, który kusił Ewę w raju. Wstał podczas gdy jego rozmówca usiadł z wrażenia. Duchowny nie mógł już zaprzeczyć własnym słowom. Zamilkł bez tchu i złapał się za pierś. Próbował odetchnąć, uspokoić przyspieszony rytm serca. Gitarzysta stanął nad nim i uśmiechnął się lekko. - Pomoc duchownych jest zaiste skuteczna. Przyjmę tę miłość i będę go kochał najmocniej na świecie. Jeśli ta miłość jest nagrodą, twój Bóg musi mnie miłować tak jak ja nigdy nie miłowałem Jego. Dziękuję, księże. Niech twój Bóg wysłucha twoje modlitwy.

Z tymi słowami Tommy Joe zostawił kapłana. Szybkim krokiem opuścił kościół. Ani razu nie obejrzał się do tyłu, gdzie starzec w czerni obserwował go tępym wzrokiem. Ratliff był radosny. Energia, która do niego wróciła, tryskała teraz na prawo i lewo, wylewając się z niego. Nie tyle dzięki Isaac'owi, ale dzięki kapłanowi znienawidzonego Boga zyskał pewność, że to, co czuje, jest właściwe. Nawet, jeśli nigdy nie założę rodziny. Nawet, jeśli nie będę mieć dzieci, których, zresztą, nie chcę mieć. Niezależnie od tego czy jest to kara, nagroda, czy może jakaś próba. Chcę go kochać. Nie chcę kobiet, nie chcę innych mężczyzn. Chcę jego, a on mnie. Oddam mu całą swoją miłość zanim wyjedzie. A kiedy wyjedzie, będzie wiedział, że zabiera ze sobą moją miłość.

Niedaleko było do domu. W drodze powrotnej wstąpił na małe targowisko. Zawzięcie szukał bożonarodzeniowego drzewka, ale nigdzie go nie znalazł. Jego jedynym zakupem były dwa komplety ledowych lampek oraz para łańcuchów mieniących się złotem. Był zawiedziony – nigdzie bowiem nie znalazł tego, czego szukał. Zrezygnowany po bezowocnym spacerze popatrzył przed siebie. Niewiele miał opcji do wyboru. Jedna z nich jednak, dotychczas niedostrzeżona, stała tuż przed nim, bijąc w oczy. W blond głowie zabłysł nowy pomysł. Być może nie do końca świąteczny, jednakowoż święta już minęły. Brązowooki pełen nowego optymizmu przeciął ulicę i, omijając przechodniów wkroczył do... Kwiaciarni.



piątek, 6 stycznia 2017

Rozdział 68 - Twoja definicja

Obiecałam Szczotce odpowiedzieć na pytania. Oto one:
(Co się stało że akurat zaczęłaś o tym pisać?)
To wina mojej ulubionej pisarki Adommy: Marony. Stwierdziłam, że jest genialna, poza tym od dziecka czytam książki, w końcu doszło do jej książek i sama chciałam się sprawdzić. Z polskiego zawsze najbardziej lubiłam prace pisemne i pomyślałam, dlaczego nie spróbować z Adommy?(Mam nadzieję że nie przestaniesz pisać?)
Myślę, że nie przestanę. Dopóki będę miała wenę. Nawet, jeśli mi się Adommy znudzi, w co wątpię, bo to mój wzór idealnej miłości, będę pisać. Mam dużo pomysłów, ale zawsze jest problem z tymczasem i weną.(Od kiedy zaczęłaś pisać?)
Spójrz sobie, kochana, na pierwszy post. To moje pierwsze opowiadanie, przerywane onepartami. Właśnie dlatego zależy mi tak bardzo na Waszej opinii. Jeśli coś się robi pierwszy raz, takie opinie bardzo pomagają.(I ile zajmuje ci czasu pisanie jednego odcinka?)
Jeśli mam czas i wenę, to wyrabiam się w tydzień i mam ten cały odcinek w zeszycie. Drogi tydzień to przepisywanie na komputer, dokonywanie ewentualnych poprawek. Ale wiadomo, że nie zawsze ten czas jest. Na przykład teraz zaczynam sesję na studiach i tego czasu będzie bardzo mało, więc dodaję wam teraz odcinek, żebyście mogli go z dziesięć razy przeczytać (a tak naprawdę wystarczy tylko raz!) zanim powrócę :)
Kolejny przełomowy odcinek! To już 68, a ja się zastanawiam, ile ich jeszcze będzie? Hmm... Jak obstawiacie? Read & comment!
A przy okazji. Czy ktoś śledzi mnie na twitterze? @AnnaGlambert1
Wesołego święta Trzech (czy jak mówi Petru sześciu :P ) Króli!

Rozdział 68
Twoja definicja

Z czasem głośne oddechy były coraz cichsze. Gorąco przestało wypełniać cały pokój, chociaż ciała wciąż były rozpalone. Ostatni pocałunek uśmiechających się ust i Adam powoli zsunął się z seksownie spoconego ciała Tommy'ego Joe, który spojrzał na niego jak tylko brunet przyłożył głowę do poduszki. Obserwował zmęczonego mężczyznę, który przymknął oczy.

- Chcesz teraz spać? - Zapytał blondyn. Położył ręce za głowę i zaczął bawić się swoimi włosami.

- Nie potrafiłbym teraz zasnąć. Co innego: odpocząć. - Odpowiedział z uśmiechem. Odetchnął znów, kiedy Tommy zbliżył się do niego i zaczął głaskać piegowatą skórę w miejscu żeber.

- Ja nie jestem zmęczony. - Przyznał Joe. Oddychał ciężko, ale nie tak jak Adam, który swojego oddechu nie potrafił jeszcze opanować. Nie, nie był wykończony – był gotowy do działania.

- Nie? - Zdziwienie odbiło się na twarzy Lamberta. Uznał, że Tommy żartuje. - Kochanie, zrobiliśmy to trzy razy! - Zaśmiał się histerycznie. Nie dowierzał. Żartujesz, Tom. Ty żartujesz. Albo jesteś niewyżyty fizycznie. Naprawdę nie masz dość?

- Zrobiłbym i czwarty, kochanie. - Blondyn przeniósł spojrzenie z torsu bruneta na niebieskie oczy i przez chwilę poczuł się zawstydzony. Potem cmoknął bruneta w sutek i wyciągnął się ze śmiechem na łóżku.

- Nie mówisz poważnie. - Adam zbył go śmiechem, ale zamilkł po chwili. Szukał potwierdzenia, ale znalazł tylko triumfujący na obliczu ukochanego uśmiech. Mówisz poważnie. - Dlaczego?

- Eee... Dla przyjemności?

- Tylko? - Adam znów spytał, dociekając nieznanego sedna. Gra „pytanie-odpowiedź” była jego ulubioną. Mógł ciągnąć Tommy'ego za język w nieskończoność, mając nadzieję, że dowie się o nim czegoś nowego, a i tak wiedział już wiele. Niestety, nie dotyczyło to uczuć.

- Nie. - Ratliff odpowiedział dopiero po krótkiej chwili. Teraz to Adam pochylił się nad Tommy'm, żądając rozwinięcia. - Bo... - Podniósł się i podparł na łokciu. Czuł, że to, co teraz powie jest ważne. Ważne dla Adama. Prawie tak ważne jak wyznanie miłości. Tommy musiał bardzo uważać, by się do niego nie zbliżyć. - Z tobą jest inaczej. Kiedy jestem z kobietą, muszę tylko dawać, zaspokajać ją. Zawsze chodzi o tylko nie. Czasami czułem, że to tylko obowiązek, orgazm przestał być czymś wspaniałym, ale czymś niechcianym. Lepiej, żebym go nie miał, bo to zawsze łączyło się z obawą, że ona zajdzie w ciążę, której oboje nie chcemy. A z tobą czuję się bezpieczny, wolny. Mogę dawać przyjemność, ale i czerpać całymi garściami i czuję, że mógłbym tak bez końca, bo wtedy mój świat składa się tylko z tego momentu, kiedy razem szczytujemy. Kiedy oboje czujemy to samo jak byśmy byli połączeni jakąś magiczną więzią. Jakbyśmy byli...

- Zakochani? - Adam dokończył zdanie za niego, wierząc, że muzyk to właśnie chciał powiedzieć. Widząc zmieniające się oblicze blondyna stwierdził, że jednak się pomylił.

- A niech cię szlag, Adam! - Tommy wzdrygnął się od usłyszanego słowa. Odsunął się rozgniewany i usiadł na łóżku. Nie, nie, proszę. Po raz kolejny mówisz mi o miłości. A czym ona w ogóle jest? Bajeczką opowiadaną na dobranoc. Wplótł palce we włosy i zacisnął w pięść.

- Coś nie tak?

- Cały czas mówisz o miłości, to jest nie tak. Mówisz mi te słowa tak często, niemal odruchowo, wpychasz na siłę do mózgu, bym nie przestawał o nich myśleć. Zmuszasz mnie, bym odpowiedział ci tym samym choć nie wiem, co to w ogóle dla ciebie oznacza. Czym dla ciebie jest miłość? - Miłość, miłość. Pieprzona miłość. Czy to w ogóle coś realnego? Nikt nigdy nie opisał jej suchą definicją. Podobno każdy odczuwa ją inaczej. A jak ty ją odczuwasz, Adam? Czy ona naprawdę istnieje w twoim sercu? - Powiedz mi, Adam.- Rzucił ponaglająco, ale brunet milczał. - Jak brzmi twoja własna definicja miłości? Czy ona w ogóle istnieje?

- Jest tak realna jak ty i ja. Miłość to taka „magiczna więź”, „kiedy oboje czujemy to samo”...

To były słowa Ratliffa wypowiedziane ustami Lamberta. Tommy ponownie poczuł strach. Nagle przestał chcieć tego słuchać jakby miał zaraz stanąć twarzą w twarz z potworem, przed którym całe życie uciekał. Nie, przestań. Proszę, przestań. Gwałtownie się odkrył i zsunął nogi z łóżka, by wstać i uciec. Adam skutecznie go zatrzymał, oplatając ręce wokół płaskiego brzucha gitarzysty. Kontynuował.

- ...Kiedy kogoś kochasz, wiesz, że z nim jest inaczej, a twój świat składa się tylko z tego momentu, kiedy jesteście razem. Możesz brać i dawać i z obu rzeczy czerpać przyjemność, to nie jest żaden obowiązek. Przy nim czujesz się wolny. On daje ci bezpieczeństwo, ale ty też chcesz go chronić, bo nie wiesz, co byś począł, jeśli coś by mi się stało. - Zmienił teraz jedną z osób, o których mówił. Mówił teraz o Tommy'm i samym sobie, bo wiedział, że to nie jest już przykładowa definicja. To definicja ICH miłości. Tommy go kochał, a on kochał Tommy'ego. Teraz musiał mu tylko opowiedzieć o tej miłości, jaką siebie nawzajem darzyli. Mówił o uczuciach składających się na miłość i tym samym przypominał Tommy'emu poszczególne wydarzenia z ich wspólnego życia. Blondyn wyobraził sobie lodowisko, kiedy to porwał rękę Adama do siebie w strachu, że może być zmiażdżona przez jakieś obce łyżwy. To była tylko migawka, bo Adam mówił dalej. - To uczucie, kiedy zobaczyłeś mnie po raz pierwszy i już wiedziałeś, że możesz mi zaufać, a każdy zawód tego zaufania jest dla ciebie totalną katastrofą i odbiera ci chęci do życia. Oddałem ci moją gitarę, bo ci zaufałem, Tommy. A ty zaufałeś mi, zaczynając rozmowę z nieznajomym, którym dla ciebie byłem.

- Dosyć. Przestań...

- Nie mogę. Przy tobie moje serce przyspiesza i wiem, że twoje reaguje tak samo. Kiedy jesteśmy bardzo blisko stresujesz się, ale chcesz więcej. - Położył rękę w miejscu, gdzie znajdowało się serce blondyna. Tak, ich serca biły w tym samym szaleńczym rytmie.

Przed oczami muzyka stanęła kolejna migawka: on z zachwytem przyglądający się jak Adam w samych szortach przygotowuje dla niego śniadanie. Adam proszący go o autograf, kiedy wraz z Mouthlike skończyli koncert. I potem, kiedy opowiadał kolegom o Adamie. Był taki dumny. Tak dumny jak wtedy, kiedy po raz pierwszy usłyszał jego śpiew. Nie chciał o tym myśleć. Wyobraził sobie, że stoi na krawędzi dachu wieżowca i że zaraz spadnie. Chciał, żeby strach wyeliminował wszystko, o czym do tej pory myślał, ale w tym wyobrażeniu pojawiły się ręce Adama obejmujące go tak jak teraz. Adam nigdy nie pozwoliłby mi spaść.

- Chcesz więcej mnie. A ja chcę ci dać siebie i na odwrót. To jest właśnie miłość, Tommy. Spotkałem cię zaledwie pół roku temu, a mam wrażenie jakbym znał cię całą wieczność. Jesteś moją miłością, Tommy Joe Ratliffie. I wiem, że ty też mnie ko...

- TO NIEMOŻLIWE! - Tom wyrwał się z płaczem. Stanął plecami do Adama odwrócił głowę, by Adam mógł wyraźnie usłyszeć to, co ma do powiedzenia. - Nie mogę, Adam. Nie mogę tego czuć. To niemożliwe. - Wysyczał przez łzy.

- Jak możesz tak mówić? Nie jestem ślepy, Tommy! Widzę to w twoich najmniejszych gestach. Chcesz być blisko mnie. Chcesz, by moje ramiona cię otaczały. W nocy twoja dłoń szuka mojej. To mało?

- To... To nic nie znaczy. To... - Brakowało innego wytłumaczenia. Tommy nie mógł więcej zaprzeczać. Dowody mówiły same za siebie. Nawet teraz pragnął zagłębić się w ramionach Adama. Poczuć jego ciepło, zniewalający zapach męskiego ciała. Ale poczuł tylko swój strach i gniew... W rozdzierających powietrze słowach Adama:

- TO POWIEDZ, ŻE MNIE NIE KOCHASZ! - Adam przekrzyczał go, skacząc na równe nogi. Zbliżał się do gitarzysty, wymuszając tę odpowiedź. Tommy zobaczył pojedyncze łzy na jego policzkach. Nigdy nie chciał doprowadzić go do płaczu, ale to się stało właśnie w tej chwili. Lambert miał już dość. Nie wiedział, na czym stoi. Czy to kolejna miłosna katastrofa w jego życiu? Czy może z Tommy'm jeszcze coś zbudować? Czy w ogóle potrafi? Joe nie może pozostawić go bez odpowiedzi – nie tym razem. Jeśli to powiesz, już więcej mnie nie zobaczysz. Nie będę miał żalu. Spakuję swoje rzeczy i wyprowadzę się. Nie będziesz musiał mnie już więcej oglądać. Ale jeśli jest tak, jak myślę... Jeśli naprawdę mnie kochasz... Zostanę z tobą. Będę przy tobie. Podzielę z tobą całe swoje życie, bo ja wiem na pewno. Wiem, że cię kocham. - Odpowiedz mi, proszę. - Zaczął błagać, kiedy zbliżył się już na minimalną odległość. Tommy zacisnął powieki, z kącików oczu popłynęły łzy. Poczuł dotyk palców na swojej skroni i to uświadomiło mu dobitnie, że jest w położeniu bez wyjścia. Nie mógł powiedzieć „tak” ani „nie”. Spanikował. Wybrał ucieczkę.

- Ja... Nie mogę. - Powiedział szeptem. Przesunął się po ścianie wprost do drzwi. Pobiegł do przedpokoju, gdzie szybko wzuł buty. Sięgnął po kurtkę, z szafki po przeciwnej stronie zaprał swój portfel i opuścił w pośpiechu mieszkanie, budynek. Przemierzył biegiem kilka ulic. Potem zabrakło mu tchu, ale nie zabrakło łez...