piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 73 - Ofiary

Hej!
Ciekawostka: Wiedzieliście, że w USA nie ma żadnych parków? Jeden jedyny to Central Park w Nowym Jorku. Zieleń jest powszechna na ulicach zabudowanych domami jednorodzinnymi, które wcale nie są ogrodzone. Patrząc przez Google Street na mapę Los Angeles jedyne zielone plamy to... Pola Golfowe, które, jako że znajdują się na terenie w pełni pustynnym, muszą być bardzo często nawadniane, więc utrzymanie ich jest bardzo drogie. Oczywiście biedniejsi obywatele nie mają tam wstępu – golf to bardzo drogi sport. Jaki z tego wniosek? Polska jest szczęśliwym krajem, jeśli chodzi o zieleń. Może nie mamy tak fajnej pogody jak bogata California, ale chociaż mamy możliwość pooddychać czystym tlenem nawet w mieście.
A więc park, w którym bohaterowie się poznali, w moim fanfiction jest całkowicie zmyślony :( , ale jakże istoty w rozwoju akcji między bohaterami :).

Rozdział 73
Ofiary

Noc ukazała się w pełni. Księżyc słabo pobłyskiwał przez korony drzew. W ciepłym stanie Kalifornia ich gałęzie nigdy nie były nagie, każda zima była bezśnieżna, a jedyne zimno, jakie można było odczuć, spowodowane było przez wiejący z północy wiatr. Tej nocy jego lekkie podmuchy wprawiały w drgania liście. Dało się słyszeć przyjemny szmer. Dźwięk ten, choć niegroźny, dla Adama był złą wróżbą. Wywoływał dreszcze na ciele bruneta, który przy każdej możliwej okazji oglądał się do tyłu.

- Może jednak zawrócimy? Nie cierpię takich miejsc nocą.

- Boisz się? Ja powiedziałbym, że taki spacer w świetle księżyca mocno zahacza o romantyzm. - Odezwał się Tommy, uśmiechając się od ucha do ucha. Jemu odpowiadała ta nocna atmosfera i wszechobecna cisza wokół. Podobało mu się także, że są zupełnie sami. Nikt inny nie wybrał takiej drogi do domu. Nikt też nie pomyślał o takim miejscu do schadzek. Byli tylko oni: Tommy Joe i Adam.

- Wcale się nie boję. Gdyby ten drań nie chował się co chwilę za chmurami, byłoby nawet przyjemnie... A tak, zostają nam tylko sporadyczne latarnie rodem z Narnii. - Lambert spojrzał w górę i zmarszczył brwi. Znowu zrobiło się ciemniej. Lampy uliczne lśniły zbyt słabo, by dostatecznie oświetlać zieloną alejkę.

- Nie denerwuj się. Jesteśmy prawie na miejscu. Lepiej powiedz mi, podobał ci się koncert. - Tommy skręcił w jedną z odnóg głównej alei, trzymając się pół metra przed Lambertem. Doskonale znał ten park. Niegdyś codziennie uczęszczał tędy do pracy. Za to trudniej było mu odszukać miejsce, w którym był tylko raz; do którego zmierzał teraz. Wiedział tylko, że nieopodal znajdował się niewielki skwer z pomnikiem któregoś z prezydentów.

- Do połowy koncertu odgadłem prawie wszystkie utwory. Potem moją uwagę przykuło coś zupełnie innego.

- Co takiego?

- Ty. - Odrzekł piosenkarz z nieukrywaną śmiałością.

- Ja? Dlaczego? - Spytał Tom ze zdziwieniem. - Przecież koncert był bardzo interesujący. - Przyznał.

- Właśnie dlatego. Zaskoczyłeś mnie. Sądziłem raczej, że będziesz znudzony. Jak to się stało, że fan Marylina Mansona i Metalliki oraz znawca wszelkiego rodzaju gitar tak się zasłuchał w dźwiękach skrzypiec i wiolonczeli? - Adam złapał Ratliffa za rękę, by go zatrzymać. Spojrzeli na siebie – w tej chwili także czas stanął w miejscu.

- Ja też tak sądziłem, ale... Prawda jest taka, że każdy rodzaj dźwięku, który złożymy w całość z zupełnie innymi, a wszystko to zagrane na żywo przed widzem... To właśnie mnie przyciąga. Jak żywa magia. Dlatego sto razy bardziej wolę jechać w trasę koncertową niż zamknąć się w studio i komponować muzykę w samotności.

- Kolejna skrajność. Myślałem, że uwielbiasz samotność. Pisanie piosenek...

- Z czasem samotność staje się nieznośna. Myślę, że niedługo znowu ją znienawidzę... Hej, to tutaj! - Tommy zerknął na przestrzeń rozciągającą się za Lambertem. Drogi rozdzielały się, w środku tworzył się trójkątny obszar, który w tej chwili był zaciemniony przez drzewa. Nad skwerem górował smukły pomnik Jerzego Waszyngtona z wyrytą w podeście datą urodzenia oraz śmierci. Tommy nie potrafił z tej odległości odczytać liter, które tworzyły podpis: „Ojciec narodu amerykańskiego”.

Adam rozejrzał się. Obrócił się wokół własnej osi, a potem podążył za spojrzeniem ukochanego. Ujrzał majaczący w ciemności monument, przy którym zasadzono kwiaty i krzewy. Rozczarował się tym widokiem, spodziewając się czegoś bardziej zachwycającego.

- Chciałeś, hmm... Chciałeś pokazać mi pomnik? - Był rozkojarzony.

- Nie! - Nagły sprzeciw. Tommy roześmiał się głośno. Oczy blondyna zaczęły szukać czegoś innego. I znalazły. Drewnianą ławkę, z której desek zaczęła łuszczyć się farba. Rozejrzyj się. Nie przypominasz sobie tego miejsca?

- A powinienem? - Adam podążył za gitarzystą, który zszedł ze ścieżki i stanął za ławką. Położył rękę na jej oparciu tuż przy dłoniach Joe. - Oświeć mnie, proszę.

- To tutaj po raz pierwszy mnie zobaczyłeś. Tutaj się poznaliśmy. - Pogładził chropowatą od zdrapanej farby ławkę, wspominając ten szczególny dzień. Adam wyszedł mu naprzeciw – ich ręce złączyły się.

- To tutaj się w tobie zakochałem. Wystarczyło jedno twoje spojrzenie. - Odważył się wyznać. - Choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem... - Tommy spojrzał na niego z powagą. Jego oczy wydawały się smutne, ale jeden trudno dostrzegalny dla zwykłego obserwatora przebłysk zmienił ten smutek w radość. Spojrzenie tak wyjątkowe i niespotykane, że trudno było oderwać wzrok. - Tak, właśnie to spojrzenie. To je najlepiej zapamiętałem. Nie jakąś ławkę, park, pomnik. Wtedy otoczenie się nie liczyło. Byłeś tylko ty. - Dłonie powędrowały na wysokość serc, palce splotły się. Oboje spojrzeli na to idealne połączenie.

- Więc... Zakochałeś się we mnie od pierwszego wejrzenia? - Tommy uśmiechnął się delikatnie. Serce waliło mu jak młotem. Czuł się jak nastolatek, który za chwilę miał doświadczyć pierwszego pocałunku. To była prawdziwie magiczna chwila. - Myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach, na filmach...

- To mógłby być film... Gdybyś nie wyjeżdżał. Gdybyś poczekał na mnie, powiedzmy... Pół roku. Program się skończy, wtedy wrócę po ciebie. Nagram płytę i wyruszymy w wielką trasę koncertową. Europa, Azja, Australia, Kanada. Proszę, tylko zostań. - Ujął szorstki od dwudniowego zarostu policzek Ratliffa, którego oczy zaszkliły się.

- Ale to nie film, Adam. My nie doczekamy happy-endu. Zapomnisz o mnie jak tylko podpiszesz kontrakt. - Odtrącił gest i obrócił się w stronę ławki. Mocno zacisnął na niej palce. Tommy starał się po prostu myśleć trzeźwo. Powtarzał sobie, że musi zapomnieć. Musi się otrząsnąć. To tylko zauroczenie. To nie jest prawdziwe. Muszę myśleć trzeźwo.

- Jak możesz tak mówić. Ja nie potrafiłbym o tobie zapomnieć. - Wyznał Lambert resztką sił.

- Och, Adam... - Tommy ponownie się odwrócił. Ujął dłoń Adama. - Wiesz, że to nie jest proste. To nie jest proste dla mnie. Ja... - Przerwał. Nie chciał go więcej ranić. Ujął twarz Adama w dłonie i obdarował długim i tęsknym pocałunkiem, zapominając o swoich postanowieniach. Wrócę do rzeczywistości, kiedy wyjedziesz. Dopiero wtedy będę cierpiał. Jeszcze nie teraz... Oderwali się od siebie spełnieni i szczęśliwi. Wtedy usłyszeli głośną wulgarną zaczepkę.

- PATRZCIE, KOGO MY TU MAMY! JAKIEŚ PIEPRZONE PEDAŁY OBŁAPIAJĄ SIĘ W NASZEJ MIEJSCÓWIE!

Para odwróciła głowy. Ujrzeli czterech młodych mężczyzn ubranych na czarno, obwieszonych łańcuchami, z przekłutymi uszami, brwiami i nosami. Nie mogli mieć więcej niż dziewiętnaście lat. Zbliżali się.

- Uciekaj. - Szepnął Ratliff. Rozszerzyły mu się źrenice.

- Co? To tylko...

- Zwiewajmy stąd! Nie mogą cię zobaczyć! - Szarpnął Adama za rękaw płaszcza.

Ratliff wycofał się pierwszy, ale zerkał na ukochanego, spodziewając się, że ten dotrzymuje mu tempa. Usłyszał za sobą okrzyki: TCHÓRZE!; CIOTY! Gang oprychów zrezygnował z gonitwy. Najwidoczniej nie byli dobrzy z wychowania fizycznego. Tymczasem uciekinierzy dobiegli do ruchliwej ulicy zanim zatrzymali się, by złapać oddech.

- Dlaczego to zrobiłeś? Mogliśmy ich pokonać. - Zaśmiał się. - Nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia lat. Myślisz, że mieli broń? - Zauważył brunet, próbując ochłonąć po biegu. Przeszedł parę kroków, po czym idący za nim blondyn wciągnął go w mroczny zaułek, który okazał się boczną nieoświetloną uliczką.

- Ty naprawdę nic nie rozumiesz, prawda? - Wyrzucił mu Tommy pełnym zdenerwowania głosem. Trzymał mężczyznę za poły wierzchniego ubrania. Szybko zorientował się, jak to wygląda z perspektywy obserwatora i odsunął się. Już czas. Powiedział sobie. Już czas wyznać mu prawdę.

- Zaraz, o co ci chodzi? Mówię tylko... - Nim dokończył, spostrzegł odbijającą się w światłach przejeżdżającego auta minę gitarzysty. - Zrobiłem coś nie tak? - Spytał ostrożnie.

- Tu nie chodzi tylko o ciebie, Adam. Tu chodzi o nas. Chodzi o to, że... Za wszelką cenę próbuję cię chronić, a największym paradoksem jest to, że to właśnie ja jestem dla ciebie największym zagrożeniem. - Tommy przeszedł się parę kroków w głąb ulicy, a potem zawrócił. Pozostawione przy ścianach kontenery na śmieci nie zachęcały do spaceru.

- O czym ty mówisz, Tom!? Szajka jakichś młodocianych bandytów wyzwała nas od ciot i próbowała przegonić ze swojego terytorium, a ty mówisz, że to ty mi zagrażasz? Proszę cię! - Adam wybuchnął.

Ratliff'owi opadły ramiona. Jak ja mam mu to wytłumaczyć? Przetarł czoło dłonią i spróbował jeszcze raz. Tym razem był już opanowany. Przemówił głosem stonowanym, lecz stanowczym.

- Pomyśl przez chwilę. Kiedy pojechaliśmy do mojego wujostwa, ciocia Klara od razu cię rozpoznała, prawda?

- Tak, ale co to ma...

- Nie przerywaj mi, proszę... - Odwrócił się, wiedząc, że Adam stoi za jego plecami. - Ci faceci przy pierwszym bliższym spojrzeniu też rozpoznaliby twoją twarz, jestem o tym przekonany.

- To chyba by nas uratowało, nieprawdaż? - Uśmiechnął się Adam, ponownie przerywając Ratliff'owi, który przewróci tylko oczami.

- Cholera, czy tylko pocałunek potrafi zamknąć ci usta? Skup się! - Ciągnął, gdy Lambert roześmiał się szelmowsko. - Co by się stało, gdyby twoi fani zobaczyli nas razem? Dajmy na to podczas takiego pocałunku jak przed chwilą? - Zanim słuchacz zdążył pomyśleć, padło następne pytanie. - Co by się stało, gdyby znaleźli nas paparazzi? Wiesz, do czego zmierzam, prawda? - Tommy obserwował bruneta – jego mina zrzedła. - Adam, czy świat wie o tym, że jesteś homoseksualistą?

- Nie. Nie wie. I co z tego?! Co mnie to obchodzi?! Co ludzi obchodzi,z kim sypiam, z kim się spotykam, z kim rozmawiam? - Sam nie wierzył w to, co mówi. Obchodzi. Ludzie żyją życiem prywatnym innych. Ludzie żywią się plotkami na temat gwiazd. Nowinki z brukowców to dla nich poobiedni deser.

- „Idol” to najpopularniejszy program telewizyjny w USA. No, może oprócz show Ellen Degeneres... Adam, dopóki nikt nie wie, jest dobrze. Nikt nie powinien wiedzieć przynajmniej do finału. Potem będziesz mógł powiedzieć światu, co zechcesz.

- Więc mam się kryć, tak? Mam ukrywać swoją miłość do ciebie? Nie dotykać cię, jeśli tak bardzo chcę cię dotknąć? - Pomyślał Adam z rozpaczą. Ujął Joe za ręce.

Nie tylko ty musisz się ukrywać. Ja muszę się ukrywać nawet przed tobą... Pomyślał Tommy z żalem. To, co zamierzał za chwilę powiedzieć, nie mogło mu przejść przez gardło.

- Dlatego muszę wyjechać. Dla twojego bezpieczeństwa. Dla twojej kariery. To trudne tak dla ciebie jak i dla mnie, bo... Bo mi też na tobie zależy. - Wykrztusił ostatkami sił. Zaraz potem poczuł mocno obejmujące go ramiona i przyjemny zapach drugiego ciała.

- Nie chcę, żebyś się dla mnie poświęcał. To zbyt duża ofiara. Nie wyjeżdżaj przeze mnie. - Wyszeptał Lambert.

- Nawet tak nie myśl. Ja po prostu... Pogubiłem się w tym wszystkim. I teraz muszę odnaleźć siebie.

Na policzkach Tommy'ego pojawiły się pojedyncze łzy. Po raz pierwszy powiedział prawdę. Przez ostatnie kilka miesięcy zadawał sobie egzystencjalne pytanie: Kim jestem? Adam nie potrafił pomóc mu w uzyskaniu odpowiedzi. Musiał zrobić to sam.

Wracali do domu nie spiesząc się. Dziś mieli spędzić ze sobą ostatnią noc. Przez tę myśl serce Tommy'ego waliło jak młotem. Jakby to miał być mój pierwszy raz. Nie. To będzie ostatni raz. Ostatni. I koniec:koniec zwariowanego romansu; koniec bujania w obłokach. Powrót do normalnego życia. Bez niego.

Chociaż to życie nigdy nie było normalne.

Od kilku miesięcy było tylko szczęśliwsze.