piątek, 10 kwietnia 2020

Rozdział 79 - Puszka Pandory

Cześć! Zapraszam i proszę o komentarze! Ciekawa jestem jak Wam się podoba ten odcinek i poprzedni!

Rozdział 79
Puszka Pandory


Para przyjaciół postanowiła dać sobie tydzień na dokończenie wiążących ich w Londynie spraw. Zwolnienie z pracy nie przyszło łatwo Isaac’owi. Praca w sklepie muzycznym nie miała świetlanej przyszłości, ale Carpenter zdążył polubić tamtejszą atmosferę oraz współpracowników. Tommy’emu poszło lepiej: Jacob w pełni rozumiał decyzję młodego kolegi, który chciał w życiu osiągnąć więcej niż mógł w ukrytym w cieniu klubie, przez który przewijały się najdziwniejsze postaci. Szef klubu za to odmówił mu wypłacenia niepełnej w tym miesiącu pensji. Nagła decyzja Ratliffa i wiążące się z nią straty były dla niego nie do przyjęcia. Ponadto nie było nikogo do obsadzenia powstałego wakatu. Tommy Joe jednak nie przejmował się tym. Z napiwków nazbierał już na bilet lotniczy do domu i na wynajęcie nowego mieszkania. Na razie nie zamieszał wracać do Burbanku. Przez kilka dni myślał o celu swojej podróży. Był wolny jak ptak. Decyzję pomógł mu podjąć najlepszy przyjaciel.
– Nowy Jork. – Rzucił Isaac, wchodząc do kuchni, która była jedynym wspólnym pomieszczeniem w wynajętej kawalerce z łazienką.
– Nowy Jork? Dlaczego? – Tommy był podejrzliwy. Ciekawość była silnym uczuciem, ale silniejszy był instynkt. Z tym miastem wiązało się coś, czego się obawiał i przed czym uciekał, ale Isaac nic o tym nie wiedział.
– Kiedy cię nie było, wykonałem kilka telefonów. Już wcześniej o tym myślałem, ale jakoś nie było okazji, by to zrobić. Jest jeden zespół, z którym się zetknęliśmy, zanim pojawiłeś się w Mouthlike. Wokalista Ravi Dhar szuka muzyków do swojego zespołu The Heartless. Zgodził się też polecić nas kilku gościom z branży. Dlatego myślę, że powinniśmy spróbować właśnie tam. Poza tym słyszałem o jednym castingu, na który warto pójść. – Wyłożył nie przyjmując sprzeciwu.
Tom kiwnął tylko głową. Nie zamierzał dyskutować, bo i nie miał alternatywy dla pomysłu przyjaciela. Myśli zatoczyły koło i w wyobraźni pojawiła się znajoma twarz przyzywająca blondyna. Czy to nie jest irracjonalne? Opuściłem Burbank ze względu na ciebie, usiłowałem uciec od tego, co nas łączyło i teraz Isaac proponuje mi Nowy Jork. Nowy Jork, w którym promujesz swoją debiutancką płytę i w którym szukasz zespołu, który wyruszy z tobą w trasę koncertową… Nie wierzę w Boga ani przeznaczenie. Coś jednak sprawia, że każda wybrana droga zawraca jak rzucony bumerang. Do ciebie, do ciebie.
 – Tommy, zawiesiłeś się. – Isaac pstryknął palcami tuż przed nosem Ratliffa. Ten ocknął się z rozmyślań i uśmiechnął.
– Sorry… Ale co my tu jeszcze robimy? Chodźmy się pakować? – Tommy wstał od stołu i zaczekał na reakcję Carpentera.
– Ta, za chwilę. Najpierw zamówię nam bilety przez Internet. – Muzyk wziął laptopa, który zawsze odkładał na okienny parapet. Otworzył go, kiedy Ratliff znikną w swoim pokoju. Wyświetlił mu się e-mail, którego przeglądał akurat, kiedy jego współlokator ostatnim razem wparował bez pukania do jego sypialni. By ukryć wiadomość, zamknął szybko klapę urządzenia. Teraz sycił oczy, czytając na nowo treść przekazu. Wiadomość z informacjami o castingu, na który zamierzał zapisać przyjaciela. Pozostało kilka dni. Dzieli was tylko kilka dni i kilka tysięcy kilometrów. Muszę się pospieszyć… Otworzył link do formularza zgłoszeniowego i zaczął wypełniać dane. Równolegle zamawiał bilety lotnicze w drugiej karcie przeglądarki.

***

Kilka dni później i kilkadziesiąt kilometrów dalej…

Ulice Nowego Jorku były zatłoczone jak zwykle. Żółte taksówki pędziły do swojego miejsca przeznaczenia tak samo jak piesi o upartym i gniewnym wyrazie twarzy. Mknęli chodnikami i wysypywali się na szerokie zebry na jezdni, co wpędzało kierowców w stan jeszcze większego wzburzenia, frustracji i nierzadko zwykłego zmęczenia i rozczarowania swoim losem. Zwłaszcza ostatnie emocje udzielały się dwóm towarzyszom podróży przez miejską dżunglę.
– Jestem zmęczony… I głodny. I wszystko na nic. Uważałem, że jestem już blisko. Tak blisko! Prawie go miałem i co? Zostaje mi tylko… pieprzona frustracja. – Blondyn żalił się światu intensywnie gestykulując. Potykał się o własne stopy, wpadając na ludzi przed sobą, zderzając się łokciem z innymi, zmierzającymi w stronę przeciwną. Miał już tak poobijane ramię, że był bliski umieszczenia tego miasta na górze listy znienawidzonych miejsc na świecie. Dotychczas na szczycie plasował się Londyn. Ratliff spojrzał z ukosa na Isaaca, który tajemniczo się uśmiechał. Niemal zapomniał, że jego towarzysz za nim podąża. – O, przepraszam! Ty jesteś w całkowicie innym położeniu. Zapomniałem ci pogratulować. Gdyby mnie przyjęli, powiedziałbym: witaj w zespole!, ale mnie nie wzięli, więc muszą ci wystarczyć tylko zwykłe gratulacje. Nowy Jorku, oto nowy perkusista zespołu Ravi Dhar & The Heartless! Jestem z ciebie dumny! Wiesz, że kumplujesz się z bezrobotnym? – Ten wywód tak rozśmieszył Carpentera, że parsknął niekontrolowanym śmiechem. Skończył dopiero po kilku minutach. W końcu spoważniał i zaczął się zastanawiać. Powiedzieć mu czy nie? Wybrał bezpieczniejszą wersję.
– Właściwie mam dla ciebie niespodziankę. – Rzekł ze spokojem. Tommy spojrzał na przyjaciela z uniesionymi brwiami, kiedy ten zastanawiał się, czy powiedzieć coś  więcej. – Ale zanim cokolwiek ci powiem, musisz się zgodzić. – Wskazał na niego palcem.
– Nie brzmi to zachęcająco. – Bąknął Tommy.
– W dzisiejszym dniu nic gorszego cię już nie spotka. Obiecuję. – Powiedział z przekonaniem chociaż w duchu się uśmiechał. Tymczasem Tommy Joe patrzył obserwował go z ukosa, marszcząc brwi i zastanawiając się, jak rzekoma niespodzianka może zmienić jego położenie.
– Okay.
– Co „okay”?
– Zgadzam się, cokolwiek to jest. – Tommy kiwnął głową i przeczesał palcami włosy, które powinien już spinać w kucyk, by mu nie przeszkadzały. Zastanawiał się, kiedy zdążyły odrosnąć. Isaac okazał swą radość zaciskając kciuki. – Będziesz się tak upajał swoim zwycięstwem czy powiesz mi, co to jest?
– Tommy, więcej optymizmu! W końcu jesteśmy w mieście wielkich możliwości! To casting. – Rzucił skromnie na koniec. W tej chwili na obliczu Ratliffa ponownie pojawił się uśmiech.
– Jaki zespół? – Zapytał znacznie weselszym tonem, ale Isaac musiał zgasić ten zapał.
– Okay, okay. Ochłoń trochę. To nie angaż, tylko przesłuchanie. Tylko od ciebie zależy czy wykorzystasz swoją szansę, a raczej jak ją wykorzystasz. Powiem ci, co masz wiedzieć, ale nic więcej. Później podam ci szczegóły.
– Cholera, ale jesteś tajemniczy! Nie mogę nawet wiedzieć, kto to taki?
– Z imienia i nazwiska nie.
– A więc to osoba, a nie zespół?
– To… Wschodząca gwiazda. Muzyka, którą wykonuje, to coś pomiędzy rockiem a muzyką popularną. Bardziej soft niż hard, powiedziałbym, że „glam”. Tak, to dobre określenie.
– Glam… rock? Jaja sobie robisz? W stylu… Freddie Mercury przed ścięciem włosów? W błyszczących kombinezonach i brokacie?
– Wiedziałem, że tak będzie. Nawet nie znasz gościa, a już go oceniasz. – Isaac pokręcił głową.
– A więc to facet! Haha… – Tommy nie mógł powstrzymać swoich myśli, ale kiedy spostrzegł nachmurzone oblicze przyjaciela, zmienił zdanie. – To może być nawet interesujące.
– Nie, nie. Zapomnij. Gość poszukuje ludzi z osobowością, pasujących do jego image’u. Dobrze by było, jeślibyś grał na kilku instrumentach. Chyba bez sensu, żebym cię tam wysyłał. – Isaac pokręcił głową z coraz bardziej widocznym powątpiewaniem. Tymczasem Tommy po pierwszym wrażeniu najwidoczniej zapalił się do pomysłu.
– Gram na gitarze klasycznej, elektrycznej i basowej, perkusji i trochę na klawiszach i… Muszę iść do fryzjera.
– Co? – Isaac pomyślał, że chyba się przesłyszał. – Nie mówiłeś, że grasz na… Fryzjer?
– Mówiłeś coś o image’u. Kiedy jest ten casting?
– Jutro. W domu mam zapisane adres i godzinę.
– Okay. W takim razie potrzebuję kobiety… Albo jakiegoś geja. – Pomyślał głośno Tom i już wypatrzył perfekcyjne miejsce na swoją przemianę.
– Kobiety? Geja? Tommy, przecież miałeś iść do fryzjera! – Zatrwożył się Carpenter, kiedy usłyszał o kolejnym dziwnym pomyśle. Joe natomiast spojrzał na niego z niezrozumieniem.
– No przecież idę! – Wzruszył ramionami i wskazał palcem ekskluzywny salon po drugiej stronie ulicy, którego neon i witryna stanowczo mówiły o ekstrawagancji. – Jedno pytanie, Is. Czy jesteś gotowy na szok? – Zapytał rzeczowo, zatrzymując się przed przejściem dla pieszych. Ten tylko pokiwał przecząco głową. – Ja też nie. – Tommy chwycił przyjaciela za ramiona. – Ale czego się nie robi dla kariery. – Pewnie wszedł na jezdnię i rozpostarł ramiona jakby miał przytulić cały świat.
– Kim jesteś? I co zrobiłeś z Tommy’m? – Krzyknął za chłopakiem Carpenter. W odpowiedzi usłyszał śmiech.

***

Nazajutrz Isaac jak zwykle wstał wcześniej niż Tommy Joe. Od razu po przebudzeniu poczuł zdenerwowanie. Na myśl o tym, co zamierzał tego dnia zrobić, mięśnie automatycznie mu się skurczyły. Powodzenie dzisiejszego przedsięwzięcia graniczyło z cudem, a mimo to postanowił je zrealizować. Sprawdził plik i spisał adres i godzinę przesłuchania, by w odpowiednim czasie przekazać je Tommy’emu, który o tej porze jeszcze smacznie spał. Pierwsze zadanie wykonane, teraz coś trudniejszego.
Muszę poczekać aż pójdzie do łazienki. Wtedy zabiorę futerał i zostawię mu kartkę z adresem. A potem bezszelestnie opuszczę mieszkanie. Kończył śniadanie, kiedy Ratliff zjawił się w salonie, który był połączony z aneksem kuchennym. Obserwował, jak blondyn siada na jednym z wysokich krzeseł przy kuchennej wyspie i chwyta jedną z przygotowanych kanapek.
– Dzień dobry. – Przywitał się Isaac.
– Mmm… Dobre kanapki. Jest jeszcze kawa? – Spytał blondyn, obżerając się tostami z szynką i serem. Isaac nie odpowiedział. Zamiast tego podsunął mu kubek i nalał jeszcze ciepłej kawy z ekspresu. Obserwując zachowanie przyjaciela, głośno się zastanowił:
– Nie mam pojęcia, jak ja z tobą wytrzymałem te pół roku w Londynie. Czy ty w ogóle posiadasz jakieś maniery? – Rzekł z podziwem i poczuciem zniesmaczenia jednocześnie.
– Hej, o co ci chodzi? Jeśli o śniadanie, to nic nie poradzę, że zawsze wstajesz wcześniej ode mnie. – Wskazał na niego kanapką.
– Nie chodzi o to. Wchodząc, nawet się ze mną nie przywitałeś. I może chociaż sporadyczne dziękuję za śniadanka, obiadki i kolacyjki? – Zmarszczył brwi i spojrzał do kubka tak, jakby na dnie miały pojawić się słowa wdzięczności. Zrezygnowany odstawił brudne naczynia do zlewu.
– Cześć. A co do śniadania to powiedziałem. Że kanapki są dobre, więc nie rozumiem twojego focha. Ale mimo to, ponieważ jesteśmy przyjaciółmi, kupię ci wielki prezent za dbanie o to, bym nie przymarł głodem, okay? – Zaśmiał się.
– Jesteś dzisiaj dziwnie radosny… Nie denerwujesz się castingiem? – Isaac zmienił temat. Odkąd wrócili do Stanów, dosłownie zamienili się rolami. To Isaac chodził ponury i podbity, a Tom tryskał energią i bardzo często się uśmiechał z wyjątkiem chwil, w których narzekał na hałas Nowego Jorku. Isaac w głębi duszy wiedział, że Ratliff czuje się tu jak ryba w wodzie.
– Staram się o tym nie myśleć. Na razie jestem podekscytowany i nie mogę się doczekać, aż zobaczysz mój nowy image a la glam rock.
– Na razie nadal nie mogę przyzwyczaić się do nowej fryzury… Nie wiem czy zniosę całego ciebie w nowej odsłonie. – Isaac obrzucił spojrzeniem wygolony prawy bok głowy Ratliffa i kolejny raz od czasu wczorajszej wizyty u fryzjera z niedowierzaniem pokręcił głową. Reszta włosów, jeszcze wczoraj bardzo nastroszona, opadała ku uchu po lewej stronie czaszki. Efektowna fryzura uwydatniała jeszcze jeden szczegół. Tommy pozbył się połowy włosów w szczególnym celu – by odsłonić obkolczykowane ucho, przez które oprócz małych kółek przebijała także srebrna sztanga.
– Będziesz musiał. Jak już się dostanę do zespołu, chyba przemaluję je sobie na różowo, fioletowo albo ostrą czerwień. Nie mogę się zdecydować… Fajnie wyglądałyby też loki! – Tom zaczął przeczesywać włosy swoimi długimi palcami, a Isaac nie mógł opanować śmiechu z powodu kolejnych szalonych pomysłów i ogólnego samozachwytu Tommy’ego Joe. Ostatnio naprawdę nie poznawał swojego przyjaciela.
Odkąd wrócili do USA, samopoczucie Tommy’ego Joe naprawdę poprawiało się z dnia na dzień. Chwilami Isaac zastanawiał się nawet, czy Joe faktycznie zostawił przeszłość za sobą? Odpowiedź przychodziła jednak każdego wieczora, kiedy Tommy wyrywał kolejną kartkę z kalendarza i zanosił ją do swojego pokoju. Początkowo Carpenter nie wiedział, co kryje się za tą rutynową czynnością, ale z czasem ciekawość zwyciężyła. Choć brunet nienawidził się za to i uważał, że zdradził przyjaciela, dowiedział się, do czego kluczem są kolejne daty wyrywane z kalendarza. Dzisiaj zamierzał na chwilę wypożyczyć skrzętnie skrywany sekret Tommy’ego. I właśnie nadszedł na to czas.
– Pamiętaj, że musisz tam być przed jedenastą. – Przypomniał mu, kiedy Tom wstawał od stołu. Włożył swoje naczynia do zlewu, zamierzając następnie udać się do łazienki.
– Wiem. Ale mówiłeś, że będziesz tam ze mną? Zmieniłeś zdanie? – W tej chwili poczuł zdenerwowanie. Nie ważne, jak bardzo by się maskował, to przesłuchanie było dla niego ważne. Od niego zależało, czy jego muzyczna kariera ruszy z miejsca, w której zatrzymała się na długo po rozpadzie Mouthlike.
– Nie martw się. Odprowadzę cię prosto do drzwi. – Zapewnił go, wyprzedzając myślami teraźniejszość.
Tommy pokiwał głową, po czym zniknął za drzwiami łazienki. Z doświadczenia Isaac wiedział, że Joe zawsze bardzo długo okupuje łazienkę. Po zamieszkaniu z blondynem i zauważeniu tego faktu Isaac jeszcze bardziej niż normalnie cenił sobie, że jest rannym ptaszkiem. Postanowił odczekać jeszcze parę minut aż usłyszy szum prysznica i dopiero potem przejść do następnego etapu swojego przedsięwzięcia. Wrócił do swojego pokoju, by wziąć z komody kartkę z adresem. Następnie położył ją na blacie w kuchni, a krawędź skrawka papieru zakrył kubkiem, który uniemożliwiał jego przemieszczenie. Sprawdził ponownie odgłosy dochodzące z łazienki i ze ściągniętą z nerwów twarzą zakradł się do sypialni Ratliffa. Otworzył tam wielką szafę, w której na wieszakach i półkach znajdowały się nieliczne ubrania Tommy’ego. Najbardziej interesował Carpentera czarny futerał na spodzie mebla. Wyjął go i ostrożnie otworzył. Na szczęście, wszystko wewnątrz znajdowało się w tym samym miejscu, co poprzednio.
Białą gitarę z autografem Jimmy’ego Hendrixa, którą nawet bał się dotykać, pokrywały stosy karteczek wyrwanych z kalendarza, a na każdej widniały dwa lub trzy słowa: „Kocham Cię” oraz „Tęsknię za Tobą” zapisane złotym lub srebrnym markerem. Najważniejsza spośród całej zawartości futerału nie była wcale gitara, ale list wsunięty za jej struny na środku pudła rezonansowego. Ten list musiał dotrzeć do adresata i to sam Tommy Joe powinien go dostarczyć. Isaac musiał przyznać, że blondyn znalazł do tego piękną oprawę, ale jednego mu zabrakło – odwagi. W tej chwili na scenę wkroczył Isaac. Dzisiaj to się wydarzy. Muszę mu tylko trochę pomóc. Muzyk dokładnie zamknął futerał i na palcach opuścił pokój ze zdobyczą w ręce. Wziął swoje klucze i kurtkę. Cicho jak mysz wyszedł z mieszkania. Kolejny etap misji zakończył się powodzeniem.
Tommy spędził w łazience ponad godzinę. Sam prysznic nie zajął mu dużo czasu, ale układanie włosów, które nadal niezbyt dobrze mu wychodziło, oraz wykonanie make-upu, które wychodziło mu perfekcyjnie po półrocznym przybieraniu maski w londyńskim klubie, wypełniło cenne minuty, które mógłby spożytkować choćby na wcześniejsze wyjście z domu. Po opuszczeniu łazienki stanął przed kolejnym wyzwaniem. W co ja się ubiorę? Postawił na klasykę gatunku rocka – skórzane spodnie i pasek z błyszczącą klamrą. Ale co z jego szafy wpasowałoby się w drugą część stylu artysty, który miał go dziś oceniać? Co jest dostatecznie glam? Nie mam nic takiego… Przetrząsnął wszystkie swoje T-shirty i koszule, ale nic mu nie pasowało. Pomyślał nawet o zakupach na ostatnią chwilę, ale od razu odrzucił ten pomysł ze względu na brak czasu.
– Cholera… – Spojrzał na bałagan w swoim łóżku i w tej chwili coś dostrzegł. Wśród ciuchów, z których większość była koloru czarnego, wyraźnie odznaczała się czerwona falbana. – Nie… – Szczupłe palce dotknęły cienkiego materiału, po czym zacisnęły się na tkaninie. Wspomnienia związane z tą czarną koszulą nie zamierzały ukrywać się głęboko – od razu w pamięci Ratliffa ukazały się obrazy ze sklepu uroczej Brooke. Wspólny śmiech, błysk w oku, pożądanie widoczne w każdym spojrzeniu wysokiego bruneta o niebieskich oczach. – Adam… – Pachniała jeszcze nowością. – DOŚĆ! – Tommy wstał zbyt energicznie i zakręciło mu się w głowie. Zaczął rozpinać guziki. Podszedł do lustra w korytarzu z już przykrytym torsem. Naga skóra zakrywana z każdym guzikiem nagle przypomniała sobie dotyk, którego była tak spragniona. Nosił na sobie wspomnienie, którym może się tylko zadręczać, ale nie dozna go ponownie.
– Isaac? Jestem już gotowy! Is? – Tommy obrzucił swoją sylwetkę ostatnim spojrzeniem, które z powodu samej koszuli mogło być tylko krytyczne. Sprawdził sypialnię przyjaciela, ale była pusta. Podobnie jak salon i aneks kuchenny, na którym leżała samotna kartka z adresem, godziną i odręcznym dopiskiem Isaaca.

Musiałem wyjść – załatwić parę spraw. Dwie godziny w łazience
na pewno się opłaciły i wyglądasz czadowo.
Spotkamy się 
na miejscu. Nie spóźnij się!

            Isaac

– To wcale nie trwało dwie godziny… – Mruknął do siebie Tom i spojrzał na zegar ścienny. Wybiła dziesiąta. – Najwyższy czas ruszać.
Przesłuchania odbywały się w klubie Enigma. Blondyn przekroczył próg i udał się do baru, przy którym zamierzał czekać na przyjaciela. Na parkiecie głównej sali zebrało się mnóstwo ludzi. Zbici w małych grupkach stali lub siedzieli zajęci niezobowiązującą konwersacją. Ratliff rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu tabliczki, która kierowałaby go do sali, w której odbywał się casting, ale zauważył tylko krzepkiego mężczyznę w garniturze, który z długopisem w ręce spoglądał bystrym okiem znad podkładki na zgromadzonych ludzi. Tommy Joe domyślił się, że to pewnie selekcjoner wyczytujący kolejne nazwiska z listy. Stał przy wejściu, które długim oświetlonym niebieskimi ledami korytarzem wiodło do pokoju przesłuchań. Tommy odwrócił wzrok i, opierając się o bar, jeszcze raz omiótł spojrzeniem otoczenie. Spostrzegł mężczyznę odwróconego do niego plecami, który mógłby być jego przyjacielem, ale nie był tego pewien. Najbezpieczniejszym sposobem na odszukanie Isaaca bez narażania się na obce spojrzenia, była wystukana w telefonie wiadomość: „Jestem przy barze” i wysłana do perkusisty. W tej samej chwili mężczyzna, którego obserwował, spuścił głowę  i wyciągnął z kieszeni telefon, odczytał wiadomość i odwrócił się. To jednak był Isaac. Powiedział coś do nowopoznanych ziomków i opuścił grono, by dołączyć do Tommy’ego Joe przy barze. Joe zmarszczył brwi, kiedy spostrzegł, co Carpenter dzierży w prawej w ręce. To był futerał. Futerał JEGO gitary.
– Hej. Proszę. Może ci się przydać. – Isaac podał mu jego własność. W tej chwili Tommy’emu przemknęło przez myśl, że wcześniej nawet nie pomyślał o tym, że może potrzebować własnego instrumentu. Z drugiej strony gniewał się na Isaaca, że śmiał wziąć jego własność, ale gniew ten powoli ustępował. – A to na pewno ci się przyda. Kwestionariusz. – Wyjął z kieszeni złożoną kartkę papieru, którą zaczął rozkładać. Z tej samej kieszeni wyjął długopis. – Musisz go uzupełnić. Brakuje kilku informacji. – Podał zwitek papieru blondynowi, który w tej chwili był zmuszony zwrócić na moment muzykowi swój skarb. Uzupełniał informacje, myśląc o zawartości futerału. Isaac nie do końca wiedział, co jest w środku – przynajmniej tak mu się wydawało. Oprócz pokazanej Carpenterowi któregoś wieczoru w Londynie białej gitary z cennym podpisem muzycznej legendy, w futerale znajdowały się dowody półrocznej półrocznej męki i rozpaczy Ratliffa. Na samą myśl o tym, że będzie musiał otworzyć tę puszkę Pandory, żołądek podchodził mu do gardła. Dodatkowo uświadomił sobie, że za chwilę będzie musiał dać z siebie wszystko, pokazując muzyczne umiejętności przed nieznanym jury.
– Dlaczego się denerwuję? – Mruknął bardziej do siebie niż do przyjaciela, który oddał mu ciężki futerał, kiedy zobaczył, że brakujące dane zostały uzupełnione. – Denerwuję się jak nigdy wcześniej, zobacz! – Tommy wyciągnął przed siebie dłoń, teraz już bezpośrednio zwracając się do Carpentera, który spojrzał na drżące palce.
– Tak musi być. W końcu to przesłuchanie, a ty stajesz przed… bądź co bądź surowym jury. – Rzekł Isaac uspokajająco, a jego słowa były bardzo bliskie prawdy.
– Powiesz mi w końcu, kto to jest? – Tommy spojrzał błagalnie na bruneta, ale ten tylko pokręcił głową.
– To tylko pogorszyłoby sytuację, skoro już się denerwujesz. Może nawet uciekłbyś, gdzie pieprz rośnie, wiedząc, kto to jest… Nie ważne. Wyglądasz czadowo, grasz jeszcze lepiej. Wystarczy, że wsłuchasz się w swoje serce, a usłyszysz muzykę, którą następnie zagrają twoje palce.
– TOMMY… RATLIFF. TOMMY RATLIFF! – Ryknął ochroniarz tak, by usłyszała cała sala.
Ten głos i to hasło zmroziły Tommy’emu krew w żyłach. Wziął głęboki oddech, a potem uchwycił pewnie gitarę i wolnym krokiem podszedł do postawnego bramkarza.
– Masz kwestionariusz?
– Tak.
– Do końca korytarza. Drzwi po prawej. Powodzenia. – Z oddali groźny wyraz twarzy mężczyzny wydał się blondynowi o wiele bardziej nieprzyjemny z bliska. Kiedy więc mężczyzna przepuścił blondyna na korytarz i dodatkowo klepnął mocno w plecy, Ratliff zatoczył się. Ten niespodziewany gest miał jednak swoje dobre strony – pomógł się Ratliff’owi uspokoić. Odzyskał równowagę i pewnym krokiem doszedł do drzwi, które otworzył, zamknął za sobą i odwrócił się w stronę spodziewanego jury. Spojrzenie przenosiło się centymetrami  podłogi przez nogi niezwykle długiego stołu, jego blat zawalony formularzami aż na twarze czterech zgromadzonych ludzi.
O nie… Dopiero co uspokojone serce podskoczyło, kiedy spojrzenie brązowych oczu spotkało się ze spojrzeniem ostatniej osoby, jaką spodziewał się tu spotkać. Nagle wszystkie elementy zagadki zaczęły do siebie pasować. Podszedł nieśmiało do zgromadzonych sędziów. Nie rozpoznawał on łagodnie uśmiechającej się blondynki o raczej przeciętnych rysach ani brodacza o okrągłej twarzy, który siedział z brzegu. Nie rozpoznawał też ciemnoskórego chłopaka, któremu w białym T-shircie bardzo odznaczały się mięśnie, chociaż gdyby Ratliff wytężył pamięć, przypomniałby sobie, że kiedyś się już spotkali. Prawdę mówiąc, Tommy Joe wpatrywał się tylko w jedną osobę, której zimne oczy hipnotyzowały go.
– Dzień dobry. – Zdołał odpowiedzieć na miłe przywitanie pozostałych. Oddał swój kwestionariusz i cofnął się, nie przerywając więzi, jaką stworzył kontakt wzrokowy dwóch żywiołów: lodowatej wody w niebieskich i piekielnego ognia w czekoladowych oczach. Nim jednak się odsunął, zdołał wyrzucić z siebie jeszcze dwa słowa: – Witaj, Adam.
Więcej nie mógł znieść. Nie wytrzymał tego oziębłego spojrzenia. Starał się odpowiadać składnie i rzeczowo na zadane mu przez dwóch ludzi pytania.
Przebyłeś długą drogę…
Gdzie grałeś?
Jaki instrument preferujesz?
Grasz też na perkusji…
Wybierz jedną z naszych gitar i zagraj nam kawałek wybranej rzez siebie piosenki.
Świetnie. Może teraz coś z twórczości Adama. Adam, co chcesz usłyszeć?
– Fever.
To jedno słowo zburzyło cały spokój, jaki od chwili zobaczenia Lamberta próbował budować w sobie Ratliff. Sam jego widok sprawił, że Tommy przypomniał sobie całą miłość, jaką się obdarzali zanim ich drogi się rozeszły. Chociaż oboje się zmienili – fizycznie i duchowo. Adam zmężniał. W Idolu był tylko chłopakiem, który buja w obłokach i marzy o sławie i karierze. Dziś był mężczyzną, który twardo stąpa po ziemi i nie waha się przed podjęciem ryzykownych decyzji. Jego uroda przyciągała uwagę w równym stopniu jak rockowy styl. Tego dnia brunet postawił na nabijaną ćwiekami czarną skórzaną kurtkę i pasujące do tego wysokie buty na koturnie. Nieodłącznym elementem jego garderoby były też rękawiczki bez palców. Podobnie jak Tommy, w programie znalazł upodobanie w make-upie i codziennie używał eye-linera lub czarnego cienia do powiek. Również Tommy się zmienił. Był nie do poznania w zadziwiająco podobnym stylu do tego, który był widoczny u Lamberta. Mroczny, drapieżny, tajemniczy z fryzurą opadającą na jedno oko, kiedy się pochylił, by zagrać pierwsze nuty melodii tak uwielbianej przez siedzącego przed nim wykonawcę.
Tommy Joe drżącymi palcami złapał za gryf gitary i zamknął na moment oczy. Odszukał w sobie melodię i spuścił wzrok. Obserwował gryf, na którym tańczyły jego zręczne, długie palce. Zatracił się w muzyce, którą stworzył jego ukochany i którą za chwilę musiał brutalnie przerwać na polecenie jej autora. – Dość. Przestań. – Adam dobitnie powtórzył rozkaz. Głosem, który nie zniósłby ani jednej nuty więcej, tak lodowatym, że mógłby zmrozić piekło. Tommy odłożył instrument należący do wyposażenia sali. Odwrócony tyłem do pozostałych zdołał wziąć pierwszy pełen oddech od chwili, kiedy wszedł do pomieszczenia.
Starał się jak mógł, ale nie docierało do niego ani jedno słowo z monologu mężczyzny z bródką. Niebieskie oczy przyciągały bowiem całą jego uwagę. Ten lód niemal wyczuwalny w powietrzu był przeznaczony tylko i wyłącznie dla Ratliffa. Zwężał krtań i zatykał płuca. Oddychanie stało się niemożliwe, więc Tommy zaczął się wycofywać. Akurat w tej chwili usłyszał rutynową formułkę „dziękujemy za przybycie” i „w ciągu dwóch tygodni skontaktujemy się z tobą” – był to znak, że może już zacząć uciekać. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi i ukrył twarz w dłoniach, które za chwilę stały się mokre od łez. Wreszcie mógł oddychać. Zdołał uciec z piekła, które w końcu go dopadło. Które, jak się za chwilę okazało, nie wypuściło go jeszcze z rąk. Odbił się od drzwi i, nim zrobił dwa kroki, te otworzyły się za nim. Zmierzał przez korytarz, kiedy usłyszał wołanie. Ten głos mógł poznać wszędzie.
– Tommy! Tommy, stój! Tommy! – Blondyn poczuł ucisk w ramieniu, który zmusił go do zatrzymania. Odwrócił się niechętnie. Półmrok oświetlony tylko klimatycznymi ledami pomógł ukryć łzy, chociaż szkliste brązowe oczy odbijały się w spojrzeniu drugiego.
Oto stali naprzeciw siebie twarzą w twarz, nie wiedząc, co powiedzieć. Pełni miłości i nienawiści, żalu i strachu, goryczy i niepewności.
– Zapomniałeś czegoś. Proszę. – Adam uniósł lekko gitarę, by podać ją Tommy’emu, lecz ten nawet na nią nie spojrzał.
– Jest twoja. Ona zawsze była tylko twoja. – Wydusił z siebie Tommy, a obraz rozmazał mu się przed oczami. Zaczął się cofać, a potem biegiem pokonał resztę korytarza, na końcu którego czekał na niego Isaac.
Tommy przepchnął się między selekcjonerem, który zagradzał wejście. Odepchnął także Carpentera, próbującego się tłumaczyć. Ratliff jednak nic nie słyszał, nic nie widział, a czuł tylko nieznośny ból serca, które drugi już raz pękało na milion ostrych kawałków. Tommy Joe wydostał się na ulicę i pobiegł w nieznanym sobie kierunku. Uciekał, chociaż brakowało mu tchu. Jeszcze rok temu sądził, że nie jest zdolny nikogo pokochać. Od tego czasu został obdarzony miłością, którą odrzucił dla wyższego dobra. Czy miał w ogóle prawo być szczęśliwy? Skoro życie ponownie postawiło przed nim tę miłość, może była jeszcze szansa na szczęście? Ta możliwość oddalała się tak szybko, jak szybko Joe uciekał z miejsca konfrontacji. Nie było już szans na szczęście poza jedną jedyną, która została w rękach Lamberta. Tylko od niego zależało, czy otworzy futerał nazwany przez Isaaca puszką Pandory ze względu na pół roku wielkiego smutku i cierpienia. Isaac bardzo trafnie nadał nową nazwę przedmiotowi, który Tommy tak długo trzymał ukryty głęboko w szafie. Razem z bólem i cierpieniem Ratliff zamknął w futerale jeszcze jedną nikłą emocję, która mu jeszcze pozostała. Była to nadzieja.

piątek, 3 kwietnia 2020

Rozdział 78 - Początek końca


Hej! Dawno mnie tu nie było i przepraszam! Krótkim tytułem wstępu: Koronawirus doskwiera wszystkim, więc i ja próbuję coś zrobić, by się nie nudzić, a przy okazji umilić ten strasznie nudny czas innym. Oto coś ode mnie dla Was! Wszystkim, którzy kiedykolwiek odwiedzili mojego bloga życzę zdrowia i nie ulegajcie pokusom ładnej pogody! #zostańwdomu Pozdrawiam! 
PS: A kolejny rozdział będzie w piątek. Postanowiłam sobie, że trzeba skończyć z tym opowiadaniem i może zacząć jakiś nowy projekt!

Rozdział 78
Początek końca

Gdzie jestem? Co to za miejsce? Wiał silny wiatr, a nieprzenikniona ciemność oprócz przestrzeni, w której się znajdował, zdawała się wypełniać jego serce i umysł. Gdzie jestem? Spróbował zrobić krok i nagle zobaczył linię oddzielającą mrok od blasku. Podszedł szybko do tej krawędzi, za którą miało znajdować się światło. Były ich setki. Latarnie uliczne, oświetlone okna – ich migotanie zlewało się, oślepiając oczy. Zamarł. Jestem na krawędzi budynku. Akrofobia dała o sobie znać, więc cofnął się. Wtedy wpadł na jakieś ciało. Odwrócił się
i zapomniał o wcześniejszych emocjach. Poczuł radość, szczęście, uwielbienie. Patrzył na Adama, którego tak kochał. To nieprawda. Nie mogłoby dzielić ich tysiące mil skoro stoi tuż przed nim. Są razem. Kochają się.
– Adam.
Coś mignęło. Postać na sekundę przybrała inny kształt, a potem znów pojawił się on. Coś na kształt zepsutego hologramu, który mógł przybrać dwie twarze i teraz nie wiedział, którą odtworzyć, więc się zlewały. Ale co to była za twarz? Ją też znał. To był Noah. Nie…
– Cierpiałem przez ciebie… – Głos dobiegł go ze wszystkich stron. Jakby od północy, południa, wschodu i zachodu porozstawiane były głośniki, w których epicentrum był on – Tommy Joe. – Kochałem cię, cierpiałem! Ta miłość była cierpieniem! – Krzyczał.
Adam na niego krzyczał. Błędy w hologramie zdarzały się coraz częściej. Zamrugało i Tom zobaczył Noah.
– To jest Adam, którego imię tak namiętnie jęczałeś? Miałem rację, że cierpiał przez ciebie. – Powiedział beztrosko, podchodząc krok do przodu. Tommy odsunął się. Wyczuł pod podeszwą  ostrą krawędź. Strach powrócił.
– Nie… Proszę. – Jęknął.
– Cierpiałem przez ciebie! Zostawiłeś mnie! – Twarz Adama ukazała się ponownie, ale tylko na chwilę. Ratliffa przeraziło to spojrzenie, jakim nigdy wcześniej Lambert go nie obdarzył – okrutne, gniewne, wykrzywione bólem. Noah powrócił.
– Był szczęśliwy, ale zbudował to szczęście na cierpieniu. – Rzekł Noah i roześmiał się szyderczo. Hologram ponownie zamigotał i ukazał ukochaną twarz, ale Tommy nadal słyszał szyderczy śmiech tamtego.
– Byłem taki szczęśliwy, Tommy. Chociaż cierpiałem. Przez ciebie… – Wysunął przed siebie rękę i pchnął Ratliffa. Wystarczył tylko moment i blondyn spadł. Próbował się ratować. Wyciągnął ręce, by się czegoś uchwycić, ale zmącił tylko mgłę. Spadał, patrząc na hologram ponad krawędzią budynku, który migotał teraz tak szybko. Nagle się rozdwoił i zza krawędzi wyjrzały dwie osoby: Adam i Noah. Mężczyźni trzymali się za ręce.
Strach i rozpacz wypełniły serce tego, który przegrał. Spadał w nicość, ale szyderczy śmiech nadal z taką samą mocą wypełniały mu uszy. Nie… Adam… Adam!
– Nie, Adam! – Joe obudził się, ale był w amoku. Ciemność ograniczała go ze wszystkich stron, chociaż po jednej odznaczała się tylko wąska linia światła. Przestraszył się. Zaczął wykopywać pościel aż wypadł z łóżka, podniósł się i odszedł jak najdalej, patrząc z przestrachem w szczelinę między zasuniętą roletą a parapetem. – Nie, proszę… Nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem. – Szeptał. Doszedł do klamki, otworzył drzwi. Wypadł na korytarz cały we łzach. Wpadł na Isaaca, od którego odsunął się gwałtownie, myśląc, że to Adam, Noah… Sam już nie wiedział. Spojrzał na muzyka, lecz dopiero po chwili poznał tę jedyną przyjazną mu ostatnio twarz.
– Isaac? – Był blady jak ściana jakby miał gorączkę. Zajrzał w ciemność i zobaczył pustą sypialnię: zrzuconą z łóżka pościel, porozrzucane w wyniku wczorajszego incydentu ubrania. Odetchnął z ulgą.
– Myślę… że chyba miałeś koszmar, co? Dobrze się czujesz? – Spytał zaniepokojony Isaac i wyciągnął rękę, by zbadać przyjacielowi temperaturę. Ten jednak odsunął się, złapał się ściany i oparł o nią. Po chwili zsunął się na podłogę. Miał na sobie tylko bokserki, ale nie czuł chłodu.
– To był sen. – Powiedział do siebie, patrząc tępo w przestrzeń przed sobą. – Sen.
– Ta. To może zrobię ci herbatę i pogadamy? Albo przyniosę ci z pokoju koc, bo jeszcze naprawdę się rozchorujesz… - Uchwycił klamkę od drzwi, które prowadziły od sypialni Ratliffa, próbując bardziej je uchylić. Tommy nagle chwycił go za nogawkę.
- Proszę, nie wchodź tam! – Sprzeciwił się ostro Tommy. Nagle zaczęły wracać wspomnienia. Noah, spędzona z nim noc, jego ostatnie słowa. Adam zbudował szczęście na cierpieniu. Cierpiał przeze mnie. – Możesz… posiedź ze mną przez chwilę, okay? Proszę… – Zmienił ton. Ostatnie słowo wypowiedział prawie szeptem.
Isaac był jedyną osobą, której mógł się zwierzyć, kiedy Adam wyjechał do Los Angeles. Tak było do ostatniej nocy. A teraz? Jak Carpenter zareaguje, jeśli blondyn powie mu prawdę? Uprawiałem seks z facetem, kiedy ty spałeś w pokoju obok. Ma na imię Noah i razem z Adamem zepchnął mnie we śnie z budynku. Nie chcesz tego usłyszeć. Nie mogę ci powiedzieć, że czuję pociąg do innych facetów skoro w Burbanku zarzekałem się, że chcę być normalny. Czy nadal tego chcę? Czy ja w ogóle czuję jeszcze coś do kobiet? Przypomniał sobie Carmen. Podczas jedynego stosunku z tą kobietą, kiedy naprawdę doznała orgazmu, wyobrażał sobie seks z Adamem. A niedługo potem zaprosił go na święta do domu Klary i Henry’ego – do domu swojego okrojonego dzieciństwa. Wtedy po raz pierwszy sprawił oralną pieszczotę mężczyźnie. I zachwycił się tym. Zachwycił się Adamem. Życie przemykało mu we wspomnieniach, kiedy Isaac usiadł naprzeciwko niego i zaczął wpatrywać się w bladą, spoconą, zapłakaną twarz. Trwało to długie minuty zanim się odezwał zmieszany ciszą, która odbijała się echem od ścian.
– Powiesz mi? Albo możemy się tylko na siebie pogapić, jeśli to ci coś pomoże. Chociaż za bardzo nie znajduję w tym przyjemności. – Tom, wyglądasz jak zapuchnięta bańka, w dodatku zaryczana i blada jak Voldemort. Brakuje ci tylko kresek zamiast nosa. – Powiedział spokojnie. Tommy spojrzał na niego nieprzytomnie. Po chwili doszedł do niego sens tych słów. Uśmiechnął się, a po chwili parsknął śmiechem. Isaac w odpowiedzi zrobił to samo. – Oho! Lord Voldemort po zabiciu Pottera – scena na dziedzińcu Hogwartu: „Harry Potter… nie żyje!” – Sparodiował scenę, na końcu której Lord Voldemort charakterystycznie się śmiał. Film ten oglądali kiedyś podczas trasy z Mouthlike. Tommy znów zapłakał – tym razem z radości.
Właśnie tego potrzeba mu tyło najbardziej. Kiedy był ostatni raz, gdy tak szczerze i beztrosko się śmiał? Nie pamiętał. Z chwilą wejścia na pokład samolotu na lotnisku w Burbanku wyzbył się jakichkolwiek optymistycznych uczuć. Zamknął się w swoim bólu tak bardzo, że zapomniał, że można odczuwać radość z tak przyziemnych rzeczy jak żart. Zapomniał też o Isaacu, który bez żadnego sprzeciwu pomagał mu przetrwać najgorszy okres w życiu. Tak nie może być! – powiedział sobie. Muszę wszystko zmienić. A przynajmniej… Zacząć od początku.
– Idziesz dzisiaj do pracy? – Zapytał, mając znacznie lepsze myśli niż przed chwilą. Pozbierał się.
– Jest niedziela. – Burknął Isaac w odpowiedzi. Bawił się rozdarciem w spodniach, z którego wystawały błękitne nitki.
– Więc jakie masz plany na dzisiejszy dzień? Spotykasz się z kimś? Z tą Irlandką, o której mówiłeś mi ostatnio?
– Nie spotykam się już z Heather. Nie potrafiłem się już z nią na dogadać. – Rzucił krótko. Nie chciał bawić się w dodatkowe wyjaśnienia – nie było czego wyjaśniać. Obojętna mina, jaką zarejestrowały oczy Tommy’ego, uświadomiła Ratliffowi, jak bardzo się od siebie oddalili. Blondyn posmutniał.
– Przepraszam cię, Is. – Rzekł szczerze, a Carpenter podniósł wzrok. Nie spodziewał się tego. Uniósł brwi zaskoczony.
– Przepraszasz mnie? A za co?
– Może na początek za bycie takim dupkiem? Nawet nie zauważyłem, jak dużo dla mnie zrobiłeś przez cały ten czas, a przecież ty też jesteś z tym wszystkim w dupie. Zachowywałem się jak ostatni egoistyczny kretyn. – Blondyn zaczął się obwiniać.
Na twarz Isaaca wstąpił uśmiech. Kiedy Tommy wstał i podał przyjacielowi rękę, by pomóc mu zrobić to samo, Carpenter chętnie ją przyjął.
– Nie będę umniejszał twojej samokrytyce. Rzeczywiście zachowywałeś się jak ostatni kretyn. – Przyznał zdecydowanie.
– Może spróbuję ci to jakoś wynagrodzić? Chodźmy gdzieś na piwo, możemy zahaczyć o kino, grają teraz niezłe filmy. – Zaproponował Joe. Nie zamierzał spędzić w tym domu całego dnia.
– W sumie czemu nie. Możemy trochę pozwiedzać. Ale jeśli chcesz wyjść, musisz się trochę ogarnąć. A ja jak zwykle zrobię coś do żarcia… - Dopowiedział, mrucząc pod nosem. Godzinę później mężczyźnie jechali metrem do centrum. W planach mieli szeroko zakrojone plany zwiedzania wiecznie zasnutego mgłą miasta.
Ostatecznie nic z tych planów nie wyszło. W wyniku zupełnego przypadku w kolejce do muzeum Madame Tussaud szczycącym się pokaźną liczbą figur woskowych stanęli za dwiema dziewczynami, które wydały się (zwłaszcza Isaac’owi) bardzo interesujące. Po kilku minutach czwórka turystów wdała się w rozmowę, z której wynikło, że każdy z czwórki wolałby iść na drinka zamiast oglądać podobizny ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie spotkają naprawdę. Zwiedzanie skończyło się imprezą, która wkrótce przeniosła się do mieszkania mężczyzn. Oboje dokonali tego wieczoru owocnych podbojów – w końcu żaden z nich nie poszedł do łóżka samotnie.
***
Kilka tygodni później…
Kolejna dziewczyna, kolejna impreza, kolejny dzień w pracy. Tommy’emu mieszało się w głowie. Zachowywał się jak wampir: w dzień nie wychodził z domu, wieczorami był królem imprezy. Każdą noc spędzał z inną osobą. Już nie ograniczał się do płci żeńskiej. Nadal w tajemnicy przed Isaac’em przyprowadzał do swojej sypialni obcych mężczyzn albo spędzał noce poza domem. Nie potrafił zrezygnować z rosnącej adrenaliny i skurczającego mięśnie pożądania, które objawiało się tylko przy innym mężczyźnie. Wybierał zawsze ten sam typ: brunet, wysoki, dobrze zbudowany. Nie wszyscy byli delikatni, ale wcale tego nie oczekiwał. Za wszelką cenę pragnął być ukarany za to, co robi. Stał się seksualnym masochistą. Z drugiej strony pragnął, by już się to skończyło. Rozdarcie w sercu powiększało się z każdym dniem.
Lato mijało zbyt szybko. Kilka słonecznych dni mogło odmienić Londyn do tego stopnia, że stawał się zupełnie innym miastem. Ludzie na co dzień pochmurni jak tutejsze niebo, stawali się pogodni – z uśmiechem na ustach chłonęli nieliczne promienie słońca. Tommy’emu natomiast wracały wspomnienia kalifornijskiego słońca, rozgrzanego asfaltu i szumu fal od deskami surferów. Tego dnia szedł do domu, niosąc zakupy z listy Isaaca. Zauważył, że w pogodny dzień na ulicach zawsze atmosfera wydaje się luźniejsza. Dorobkiewicze jak zwykle rozdawali ulotki, ale Tommy zawsze odmawiał ich przyjęcia. Tym razem pewien młody chłopak był zbyt natarczywy. Wcisnąłby Ratliffowi ulotkę do gardła, gdyby to było możliwe, więc rozdrażniony blondyn przyjął ulotkę. Napis w nagłówku dobitnie krzyczał: Zbadaj się! Wykorzystaj szansę, by ocalić życie. Jednak w broszurce nie było opisu zwykłych badań okresowych czy wiadomości o poborze krwi, lecz informacje o HIV i AIDS.
Tommy stanął jak wryty. Słyszał o wirusie i wywoływanej przez niego nieuleczalnej chorobie. Nagle zrobiło mu się zbyt gorąco. Promienie słońca sprawiły, że zmrużył oczy, rozglądając się niepewnie po ulicy. Co jeśli…? Do lekarza poszedł z samego rana następnego dnia. Pełen strachu usiadł na kozetce i dał sobie pobrać krew. Nawet nie poczuł ukłucia, kiedy lekarz opowiadał mu o objawach – gorączce, zmęczeniu, bólach stawów czy mięśni, a nawet zapaleniu gardła. Musiał wytrzymać ponad 24 godziny niepewności. Na wyniki czekało się od jednego do trzech dni.
Po wizycie w przychodni czuł się jak sparaliżowany. Snuł się po mieście, myśląc o swoim pobycie tutaj, o każdym przypadkowym stosunku, jaki odbył. Nie zawsze pamiętał o zabezpieczeniu. Nie zawsze on był „na górze”. Wtedy zależało mu tylko o przyjemności, którą, wydawałoby się, otrzymywał bez żadnych konsekwencji. Chyba się zabiję… Patrzył na swoje życie, które tak skutecznie zepsuł jedną tylko decyzją. Nigdy wcześniej nie zastawiał się, co by było, gdyby nie wyjechał z USA. Był pewien, że w Burbanku wiódłby nędzne życie. Tutaj istniał chociaż cień szansy na poprawę, ale niedostatecznie się starał. W ogóle się nie starał. Myśląc tak intensywnie nie zauważył, że znalazł się nad Tamizą. Wspiął się na barierki i niebezpiecznie wychylił, by zajrzeć w głębię. Jego odbicie rozmywało się. Zupełnie jak jego życie.
Mimo, że tego dnia nie pracował, jak zwykle wrócił do domu bardzo późno. Rozebrał się z kurtki i swoich ulubionych creepersów, które dodawały mu cennych centymetrów do niskiego wzrostu. Zamiast jednak iść do swojej sypialni, nogi poniosły go do pokoju Isaaca. Uchylił drzwi i wsunął się do pomieszczenia, zostawiając szparę, przez którą wdzierała się wiązka światła. Usiadł na skraju łóżka i zaczął obserwować spokojny sen przyjaciela. Wtedy zapłakał. W duchu podjął już ostateczną decyzję co do swego dalszego losu. Bez namysłu pogładził policzek Isaaca. Dawno nikogo tak nie dotykał, dlatego ogarnęło go nagłe poczucie bliskości. Isaac we śnie próbował odgonić intruza. Machnął ręką i wtedy się obudził. Jego oczy zastały mrok, ale nieproszona wiązka światła, w którą wdzierała się sylwetka przyjaciela, nie pozwoliła mu bez trosk kontynuować odpoczynek.
– Tommy? Cso ty tu robisz…? – Rzekł, wtulając się w poduszkę. Oczy same mu się zamykały.
– Chcę do domu, Is. Najwyższy czas wracać. – Szepnął blondyn mimo łez.
– Tsaa… Jasne. Idź spać, Tommy. – Carpenter znów zamknął oczy. Sen nie pozwalał mu się na dobre obudzić, jednak, chociaż z pewnym opóźnieniem, do jego umysłu dotarł sens słów wypowiedzianych przez Ratliffa. – Zaraz, Ratliff. – Zatrzymał mężczyznę w drzwiach. Wysunął rękę przed twarz, by osłonić oczy przed światłem. – Coś się stało?
 Wszystko. Ale już się z tym pogodziłem. Pogodziłem się ze sobą. – Uśmiechnął się blado. – Dobranoc, przyjacielu. – Zamknął drzwi, pozostawiając Carpentera w ciszy i mroku.
– Nareszcie… – Isaac pomyślał głośno i zasnął ponownie.

wtorek, 8 stycznia 2019

OnePart: Sylwestrowy zawrót głowy

Cześć! Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić Onepartem, który napisałam rok po ukazaniu się filmu, na którym byłam w kinie i który jest nadal moim ulubionym.
Onepart inspirowany filmem pt. „Wiek Adaline” z 2015 roku. Zapraszam do lektury opowiadania o Adamie i Tommy'm, a także do obejrzenia historii Adaline i Ellisa :)

Sylwestrowy zawrót głowy

Kolejny Sylwester. Kolejna impreza. Kolejne przyjęcie, na którym nie chcę być. Kolejny raz obiecano mi atrakcje. Za każdym razem niespodziewane. Zawsze okazywały się tak samo nudne. Artysta solowy – dopiero co zdobywający sławę, o niesamowitym głosie. Poczekam jeszcze chwilę, a potem zniknę, kiedy tylko Terrance odwróci wzrok. To przez niego siedzę przy tym okrągłym stoliku na środku sali. Wmówił sobie, że zmieni mnie z żądnego spokoju samotnika w kipiącego energią imprezowicza. Dobre sobie, ma mu pomóc Bóg, który nie istnieje.

Do północy została jeszcze godzina. Nagle w sali zgasły wszystkie światła i zapadła cisza. Uniosłem wzrok znad zabrudzonego okruchami ciasta talerza i spojrzałem w stronę snopu światła oświetlającego małą powierzchnię w kształcie koła znajdującą się u wejścia na scenę. Na jego środku stał elegancki mężczyzna ubrany w gustowny biały smoking z czarnymi klapami, które podobnie jak muszka i pas opinający brzuch, pasowały do kruczych ułożonych w spiralę włosów. Nie był to żaden Elvis Presley choć buty mogłyby na to wskazywać. Śledziłem jego drogę do fluorescencyjnego statywu. Poruszał się z gracją. Oszałamiał urodą i wdziękiem. Lśnił niczym samotna gwiazda na nocnym niebie. Zmrużyłem oczy pod wpływem tego blasku, ale nie mogłem oderwać wzroku.

- Panie i panowie. Pozwólcie, że zabiorę Was w ostatnią w tym pięknym kończącym się roku muzyczną podróż. - Przemówił.

Jego głos spowodował, że odwróciłem wzrok. Zatrzymałem spojrzenie na talerzu, którego krawędzie nie dorównywały bielą marynarce wokalisty. Ten ton... Melodia, jakiej nigdy w moim długim trzydziestoletnim życiu nie zdarzyło mi się usłyszeć, sparaliżowała mnie teraz. Sprawiała, że jedynym ruchem, który mogłem wykonać, to wyznaczanie palcami wskazującym i serdecznym okręgów na brzegach kieliszka, w którym kończyło się wino. Nie widziałem. Nie czułem Nie rozumiałem. Jedynym aktywnym zmysłem był słuch, narządem – uszy, które nadstawiałem w stronę tej pięknej melodii otoczonej dźwiękami gitary, basu, perkusji i innych instrumentów niedorównujących doskonałością głosowi tego człowieka. Każde słowo, jakie dotarło do moich uszu, mąciło mi w głowie. Oszalałem nim występ się skończył. Wybiegłem zanim obłęd całkowicie zawładnął moim ciałem.

Na drodze stanęła mi kolejna przeszkoda. Budynek składał się z dwudziestu siedmiu pięter, a ja byłem na samym szczycie. Użycie schodów wiązało się w tej chwili tylko z zawałem serca. Winda natomiast z klaustrofobią. Pragnienie szybkiej ucieczki było jednak silniejsze od strachu. Wybrałem szybszą choć nie mniej rujnującą moje zdrowie drogę ewakuacji. Wcisnąłem guzik windy i czekałem, aż metalowe drwi się otworzą, ukazując ekskluzywną klatkę przewożącą ludzi. Gnany strachem wszedłem do niej i wcisnąłem przycisk parteru oznaczony zerem. Drzwi już się zamykały, a ja poprzez zmniejszającą się w nich szparę obserwowałem biegnącą ku mnie postać w białym smokingu. Przystojny brunet wsunął między metalowe drzwi rękę, by zatrzymać srebrną klatkę w miejscu. Przytrzasnął sobie palce, a swój ból ujawnił przez krótkie sykniecie.

- Ałłł...! To mnie nauczy nie wsadzać rąk tam, gdzie nie jest ich miejsce. - Stwierdził, gdy winda otworzyła się ponownie. Obrzucił mnie radosnym spojrzeniem, zajął miejsce obok mnie tak jakby ustawiał się w rzędzie i uśmiechnął, obserwując zamykające się drzwi. Rozśmieszyła mnie ta sytuacja, więc odpowiedziałem na domniemaną zaczepkę.

- Jakoś w to nie wierzę. - Stwierdziłem, obserwując znikający obraz korytarza. Po chwili zobaczyłem własne zamglone odbicie. Winda ruszyła, a ja ponownie poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku. Usiłowałem zatrzymać na twarzy choć lekki uśmiech.

- Mam na imię Adam. - Przedstawił się nieznajomy. Bez mikrofonu jego głos brzmiał jeszcze piękniej. Onieśmielał mnie.

- Tak, słyszałem wcześniej. Gratuluję występu. - Odpowiedziałem sztucznie. Nie wyraziłem podziwu chociaż powinienem to zrobić. Może to dlatego, że czułem się tak porażony samą obecnością tego mężczyzny w windzie? Rozmowa była już nie na miejscu – burzyła granicę między zwykłym szarym człowiekiem a gwiazdą, której miejsce było na czerwonym dywanie lub vipowskiej loży.

- A czy mogę poznać twoje imię? Możesz uznać mnie za wścibskiego. - Spytał. Tym razem w jego głos wkradła się nuta nieśmiałości. Zdziwiło mnie to. Przed publicznością był taki bezpośredni i odważny, a przede mną... Taki ostrożny.

- Dlaczego chcesz je poznać? - Spytałem z taką samą ostrożnością, a piosenkarz spojrzał na mnie zaciekawiony, a potem odwrócił całym ciałem. Stanął przodem do mnie i oparł o ścianę windy. Minęliśmy dwudzieste drugie piętro.

- Bo kiedy wszyscy na mnie patrzyli, ty jeden słuchałeś. Sądziłeś, że nie zwrócę na ciebie uwagi, ale uzyskałeś odwrotny efekt – nie spuszczałem z ciebie wzroku. Nawet nie wiesz, jak się zmartwiłem, kiedy wyszedłeś w środku piosenki. To było niegrzeczne. - Zganił mnie i puścił perskie oko. Oparł głowę o ścianę, wciąż patrząc na mnie.

- A może to było celowe? - Zwróciłem jego uwagę na inny aspekt mojego uczynku i także odwróciłem się przodem do niego. Poparłem moje pytanie argumentami. - Wszedłem do tej windy, a ty podążyłeś za mną. A teraz z tobą rozmawiam. To było... Ryzykowne. - Przyznałem, choć powód, który podałem był w rzeczywistości fałszywy. Po prostu chciałem wyrwać się z odurzenia jego głosem, odciąć od magii, którą Adam rozprzestrzenił po sali, znaleźć się daleko, a może jeszcze dalej. A teraz byłem bliżej niż kiedykolwiek.

- Odważyłbyś się na jeszcze jeden taki ryzykowny krok? - Odbił się od ściany i przeszedł odległość, jaka nas dzieliła. Ja zrobiłem unik do tyłu. Poczułem niepewność. Kiedy ponownie się do mnie zbliżył, dzieliły nas już tylko centymetry. Poczułem podniecenie. Zerknąłem jeszcze raz na licznik pięter 0 czarna tablica pokazywała siódemkę. Potem moje oczy trafiły na twarz spowitą w oczekiwaniu: niebieskie oczy, wydatny, prosty nos i uchylone usta. Zdążyłem otworzyć swoje w celu udzielenia odpowiedzi, ale tajemniczy piosenkarz – Adam Lambert – zamknął je swoimi.

Obezwładnił moje ciało jednym pocałunkiem. Tak wspaniale całował. Przyciągnąłem go do siebie, łapiąc za klapy góry smokingu, a potem objąłem rękami jego kark. Wplotłem swoje długie palce w czarne, sztywno ułożone włosy. Nie straciły na miękkości. Jego dłonie natomiast zsunęły się z moich zaczerwienionych policzków na szyję. Wyczuły puls, a potem ześlizgnęły się wzdłuż boków na biodra. W przypływie adrenaliny złapał mnie za krocze. Jęknąłem. Zaczął je masować, ale przeszkodziłem mu w tym – pociągnąłem go za włosy, psując całą fryzurę. Odkleił się ode mnie, a ja  triumfalnym uśmiechem odetchnąłem słodko i spojrzałem w pełne pożądania oczy koloru oceanu.

- Tommy Joe. - Oznajmiłem swoim seksownie niskim głosem. - Nazywam się Tommy Joe. A teraz żegnaj. - Wypowiedziałem to dokładnie w chwili, kiedy winda się zatrzymała. Drzwi otworzyły się, oznajmiając to głośnym sygnałem, a ja wyśliznąłem się z jego objęć i wybiegłem z budynku. Złapałem taksówkę i zająłem miejsce z tyłu, starając się oddychać powoli orzeźwiającym nocnym powietrzem dochodzącym zza uchylonej do połowy szyby zamkniętych już drzwi auta. Zacząłem podawać swój adres, a kierowca wrzucił pierwszy bieg i zwolnił sprzęgło, by ruszyć.

- STOP! - Usłyszałem krzyk. Brzmiał on tak znajomo, że od razu domyśliłem się, do kogo należy. Palce należące do Adama zacisnęły się na ramie szyby, która była uchylona.

- Znowu wsadzasz ręce tam gdzie nie trzeba. - Zauważyłem. Uśmiechnąłem się do niego, kiedy się nachylił, by mnie ujrzeć. Posłał mi onieśmielający łobuzerski uśmieszek w chwili, kiedy kierowca wyczekująco odrzucił głowę w naszą stronę.

- Zapłacę panu tysiąc dolarów, jeżeli zawiezie pan tego mężczyznę pod wskazany przeze mnie adres. - Powiedział dobitnie, niemal rozkazująco. W mimice twarzy ujawniłem swoje zdziwienie, ale niepokój zostawiłem dla siebie. Uniosłem brew i zobaczyłem w oczach piosenkarza tańczące iskierki. Nie miałem pojęcia, jak taksówkarz odpowie na tę propozycję. Patrzyłem w niebieskie oczy, usiłując zaobserwować jakieś emocje. Zobaczyłem w nich dzikość i pożądanie. Ten widok wywołał napięcie w całym moim ciele. Zacisnąłem mięśnie wcale tego nie kontrolując.

- Gdzie? - Spytał taksówkarz po lekkim namyśle. Nie wierzyłem własnym uszom. Zgodził się. Tym samym zmniejszył mój wybór spędzenia tego wieczoru do jednej jedynej opcji. Dwutlenek węgla nie pozwalał się wydalić z mojego organizmu. Był zbyt ciężki, a ja tak potrzebowałem świeżego powietrza. Wstrzymywałem oddech mimo uciążliwości alarmujących płuc.

- Bulwar Lincolna, hotel Alcasar. Proszę się nie spieszyć. Zapłacę na miejscu. - Podał informacje i puścił karoserię. Z intrygująco kształtnych ust wyczytałem pożegnanie. Mimowolnie się uśmiechnąłem z powodu tego przekazu chociaż słowa były najzwyczajniejsze na świecie. „Do zobaczenia”, a potem najseksowniejszy uśmiech, jaki w życiu zobaczyłem, i oddalająca się sylwetka mężczyzny, który jednym wypowiedzianym słowem potrafił zawrócić w głowie – przynajmniej mnie.

Kierowca ruszył z impetem. Widziałem w lusterku jego triumfujący uśmiech. Zamierzał zarobić ten tysiąc. Nie dowierzałem temu. Po co miałbym jechać na Bulwar Lincolna? On myśli, że może mieć wszystko... - podszepnął mi głos mojej ciemniejszej zbuntowanej strony. Z innego punktu mojego widzenia ta przygoda wydawała się warta takiego ryzyka. Ale ja się go bałem. Dlatego postanowiłem zawalczyć o swoje.

- Zamierza mnie pan tam zawieźć? - Spytałem lekko kpiącym tonem. To było pytanie retoryczne – odpowiedziałem na nie zanim je zadałem.

- A co? Jesteś w stanie zaoferować mi więcej? - Zakpił, skręcając w lewo.

Nie byłem w stanie. I... Jakoś... Nie chciałem! Przestałem obserwować ulice. Wiedziałem, że docelowe miejsce znajduje się bardzo daleko od mojego domu. Ucieczka w nocy wąskimi ciemnymi ulicami Nowego Jorku nie była dobrym pomysłem zwłaszcza w Sylwestra. Musiałem wybrać mniejsze zło. Mniejsze zło? Nie oceniałem tego jako coś złego. To... „Zaproszenie” było kuszące, podniecające. Myślałem tylko o tym. Moje oczy nie rejestrowały już rzeczywistych obrazów. Umysł podsyłał własne. Kreował przyszłość, która miała się ziścić już niebawem. Wychodząc z taksówki miałem wpaść prosto w ręce Adama. On obmyślił sobie wszystko, a ja... Cóż, mogłem tylko czekać na jego następny krok.

Taksówka w wolnym tempie mijała kolejne długości ulic, a ja zamiast wpaść na pierwszy lepszy sposób ucieczki wyobrażałem sobie, jaką rolę Adam przypisze swoim ustom na planie mojego ciała. Byłem zaciekawiony, oszołomiony i przestraszony... Nie – zestresowany. Może dlatego, że było to coś nieoczekiwanego? Może dlatego, że on był tak ociągający? Może dlatego, że nigdy wcześniej nie przeżyłem takiej przygody i moje marzenia o ryzyku i jeździe bez trzymanki w końcu się spełniały. I w końcu miałem wymówkę, że nie miałem innego wyboru. Nie mogę uciec – nie ma dokąd. Chyba, że w jego ramiona.

Przede mną otworzyła się szeroka ulica z nasadzaną alejką młodych jeszcze, ale długoletnich drzew. Nad nimi oraz wszystkimi budynkami wokół wyrastał potężny cud nowoczesnej architektury. Wnętrze hotelu Alcasar zawsze porównywałem z pałacem pełnym obrazów najpopularniejszych artystów na ścianach korytarzy oraz złotymi klamkami w każdych drzwiach. Moja taksówka stanęła tuż przed wejściem do tego zamku księcia, a ja zarejestrowałem mężczyznę ubranego w purpurowy strój z pelerynką, który falował na wietrze, kiedy człowiek ten ruszył w naszą stronę. Zastygłem w fotelu jak kawał betonu, który wysechł dzięki efektywnemu działaniu słońca i wiatru.

- Życzę dobrej nocy. - sarknął kierowca, uśmiechając się krzywo do lusterka wewnętrznego. Głośno przełknąłem ślinę,, zerkając na niego. Właśnie uchylił szybę ze swojej lewej strony, by przyjąć od odźwiernego cienką białą kopertę.

- Dobry wieczór. Pan Adam Lambert życzy sobie, bym oddał panu tę kopertę. - Poinformował mężczyzna w purpurze i nachylił się do małego okna. W tym czasie taksówkarz capnął kopertę i zaczął sprawnie przeliczać banknoty o wysokich nominałach. - Czy wszystko w porządku? - Spytał jeszcze uprzejmiej, a kiedy usłyszał burkliwe potwierdzenie i żądanie zabrania przesyłki z tylnego fotela (a więc stałem się przesyłką), pracownik hotelu otworzył mi drzwi.

Wahałem się jeszcze przez kilka sekund. Ponaglający ton odźwiernego i nerwowe warknięcia taksiarza zmusiły mnie do opuszczenia auta. Stałem teraz na chodniku i słuchałem poleceń Barta – jak wskazywała plakietka na klapie jego roboczego stroju – który powtarzał mi, bym podążał za nim. Najwidoczniej Adamowi nie zależało aż tak bardzo, by mnie powitać, skoro zorganizował mi towarzystwo w postaci gburowatego starca, który tylko emanującą z całego swojego jestestwa grzecznością przypominał dżentelmena. Bart poprowadził mnie wolno do apartamentu Lamberta, wymieniając i argumentując wszystkie zalety najważniejszego gościa hotelu Alcasar, jakim okazał się być Adam – mój towarzysz tej nocy. Ja jednak byłem zbyt pochłonięty chaosem własnych myśli, by cokolwiek z tej paplaniny zrozumieć.

Hotelowe lobby okazało się tak wytworne, jak sobie wyobrażałem, jednak nie dane było mi nawet rzucić okiem na ogromny szklany żyrandol. Bart okazał się tak gorliwy w wykonywaniu swojej pracy, że niemal ciągnął mnie do windy, ściągając na mnie spojrzenia gości i personelu hotelu. Razem z nim przed nią stanąłem, ale kiedy się otworzyła i on pierwszy wszedł do środka, ja ponownie zastygłem w bezruchu. Stres ogarnął całe moje ciało najpierw ściskając wszystkie mięśnie, potem pozostałe organy. Zaschło mi w gardle, a złoty kolor wnętrza podziałał jak medalion służący do hipnozy. Nie mogłem się zmusić, by wejść.

- Zapraszam, panie Tommy Joe. Udamy się teraz do apartamentu pana Lamberta, gdzie, niestety, będę zmuszony się z panem rozstać. - Rzekł pospiesznie. Ukradkiem spojrzał na zegarek, kiedy próbowałem przekonać siebie, że w windzie nic mi się nie stanie.

Wykonałem jeden mały krok. Od czegoś trzeba zacząć. Potem drugi. Przekroczenie linii dzielącej windę od korytarza było dla mnie przerażające, ale zrobiłem to. Wszedłem i zamknąłem oczy jeszcze zanim winda się zamknęła. W ciszy wokół mnie i hałasie w mojej głowie przebyłem z odźwiernym Bartem trzydzieści cztery piętra. Moje wnętrzności urządziły sobie bal, kiedy próbowałem utrzymać się na nogach, które zmieniły swoją konsystencję w watę. Trudno mi było nie dać po sobie poznać, że jest ze mną coś nie tak. Spokój ducha i ciała wrócił do mnie dopiero po przebyciu całego korytarza, który prowadził do penthouse'u. Ten stanął przede mną otworem dzięki udostępnieniu mi specjalnej karty magnetycznej. W zasadzie nawet nie miałem jej w ręku. To Bart znów wykazał się życzliwością z polecenia i otworzył przede mną jedno skrzydło olbrzymich drzwi apartamentu, którego sam salon okazał się większy od całego mojego mieszkania. Ale to nie jego widok przykuł moją uwagę. Oszklona ściana naprzeciwko mnie ukazywała panoramę miasta. Mógłbym policzyć szczyty wszystkich wieżowców, gdybym tylko odzyskał zdolność rozumowania. Podszedłem do olbrzymiego „okna” oszołomiony tym, co widzę przed sobą. Bart natomiast dyskretnie zamknął za sobą drzwi. Przyglądałem się rozjaśnionemu latarniami miastu w mroku olbrzymiego pokoju zupełnie nieświadomy, że nie jestem jedynym widzem.

- Podoba ci się? - Wzdrygnąłem się od nagłego przerwania idealnej ciszy. Przeszył mnie strach, a serce przyspieszyło wybijanie swojego rytmu. Zamknąłem oczy, próbując opanować oddech, ale wtedy na moich ramionach spoczęły ręce, które za chwilę umiejętnie zdjęły moją sztywną marynarkę. Pozwoliłem im to zrobić. Pozwoliłem im mnie rozluźnić.

- Tak, ja... Przestraszyłeś mnie. - Przyznałem, nie odwracając się. Nie mogłem jeszcze na niego spojrzeć – nie, kiedy w moich oczach wciąż czaił się lęk. Wziąłem głęboki oddech i dopiero wtedy się odwróciłem. Adam nadal był przy mnie, ale w jego rękach nie było śladu marynarki. Między palcami tkwiły kieliszki zapełnione szampanem. Wręczył mi jeden z nich, a ja przyjąłem go z niepewnym uśmiechem. Patrzyłem na kieliszek, kiedy mój towarzysz się oddalił, by za chwilę ponownie się przy mnie znaleźć – tym razem z kieliszkiem truskawek.

- Spróbuj. - Polecił, a ja wziąłem dorodną truskawkę. Zatrzymałem ją w drodze do ust.

- Co robi truskawka? - Zapytałem, a ton mojego głosu wydał mi się zbyt poważny w stosunku do sytuacji. W połączeniu z rumieńcami na policzkach musiał brzmieć bardzo komicznie, jednak Adam wcale mnie nie wyśmiał.

- Ma wzbogacać smak szampana, ale sądzę, że sama w sobie jest już wystarczająco smaczna. - Wytłumaczył, a na jego twarz spłynął błogi uśmiech. Ujął moją rękę, która wraz z truskawką powędrowała do jego ust. Skosztował ją na moich oczach, wgryzając się w połowę. - Mmm... - Westchnął pod wpływem soków rozpływających się po jego języku. Tym gestem chciał mnie podniecić i udało mu się. Zbliżył się do mnie o kilka następnych centymetrów, kiedy skonsumowałem pozostałość owocu. W tym momencie mój towarzysz stuknął swoim naczyniem o moje i upił mały łyk szampana. Zrobiłem to samo. Moje ciało pragnęło procentów. Wypiłem połowę pod jego czujną obserwacją.

- Tak naprawdę to szampan wzbogaca smak truskawki. - Stwierdziłem, odsuwając kieliszek od ust. Spojrzałem na niego ponownie. Był pod wrażeniem. Jego twarz mieniła się w oświetleniu padającym z ulicy. Wtedy moim ciałem ponownie wstrząsnął dreszcz strachu. Uaktywnił się na dźwięk wybuchających petard. Spojrzałem szybko na niebo i ujrzałem je: piękne, kolorowe, błyszczące iskry tańczyły na niebie, układały się w różne wzory i mozaiki, by w końcu zniknąć jak spadające gwiazdy. Zachwyciłem się ich ogromem, a mój zachwyt odbił się na twarzy. Uśmiechnąłem się szczęśliwy, a moje serce i umysł zaczęła wypełniać tylko ta chwila. Widok tańczących w ciemności iskierek dopełniony zmysłowym szeptem oraz idealnym dotykiem.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Tommy Joe...

Adam objął mnie od tyłu. Jego ręce znalazły się na moich biodrach i docisnęły je do swoich. Uległem, chcąc tego. Oparłem się na jego torsie i odwróciłem głowę w bok, by choć na sekundę zobaczyć wyraz jego twarzy. Nie udało mi się. Zamiast tego poczułem te same, co wcześniej, lecz tym razem smakujące jak truskawkowy szampan, usta. Zaczęły pieścić moje wargi, które rozchyliłem, by jeszcze raz poczuć w sobie nieokiełznany język. Poddałem się otrzymanej pieszczocie i odwróciłem. Kieliszek wypadł mi z ręki i upadł na podłogę, a resztki szampana oblały rozsypane truskawki. Mnie jednak nie obchodziła okropna plama na dywanie. Nie obchodziło mnie nic poza pragnącymi ustami, które oddawały mi swój żar; dłońmi, które błądząc po moim ciele wprawiały je w słodkie drżenie, które rozrywały materiał mojej śnieżnobiałej koszuli i rozpinały klamrę paska od spodni, by potem z impetem rzucić na podłogę ten zbędny skórzany kawałek garderoby. Chciwe palce dobrały się wreszcie do mojego rozporka i uwolniły od dziwnie ciasnych w tym momencie spodni.

I ja nie czekałem. Pozwalałem sobie na wszystko od wplatania palców w miękkie kruczoczarne włosy przez ślizganie się ich opuszków po nagiej skórze pleców piosenkarza, aż po masowanie jego napiętych pośladków – już w pierwszej chwili pomógł mi siebie rozebrać. On się spieszył, a ja chciałem skorzystać w pełni z każdego momentu z nim. Spokój ducha nie pasował do sytuacji, ale ja go zachowałem. Cieszyłem się każdym gestem, chociaż czy powinienem to robić? Czy nie posuwałem się za daleko? Nie byłem w stanie o tym myśleć, kiedy nie pierwsze tego wieczoru bąbelki szampana przyprawiły mnie o sylwestrowy zawrót głowy. Zresztą, nie byłem nawet pewien, co jest winne takiemu, a nie innemu stanowi mojego ciała. Ono płonęło – ja płonąłem – a ugasić ten pożar mógł tylko...

- Chodź ze mną. - Wysapał mój przystojny towarzysz między kolejnymi pocałunkami na mojej szyi. - Chodź do mnie, kochanie. - Wziął mnie za ręce i poprowadził do sypialni. Znaczyliśmy tę drogę pieszczotami.

Byliśmy całkiem nadzy. Adam – zbyt niecierpliwy, by dojść spokojnie do łóżka. W jednej chwili zatrzymał się i tuż przed otwartymi drzwiami do swojej królewskiej sypialni chwycił mnie za pośladki, a ja objąłem udami jego biodra i zaplotłem stopy za najniższym odcinkiem kręgosłupa tak samo jak ręce na karku. Zaskoczył mnie swoja gwałtownością i siłą. I podniecił zarazem. Byliśmy tak blisko. Stykaliśmy się ciałami, a miał być nam dany jeszcze bliższy kontakt. Spojrzałem prosto w jego piękne morskie oczy. Wypełniała je żądza. Także w moich czekoladowych oczach wybuchał właśnie wulkan, a wrząca lawa wylewała się z krateru mojego serca.

- Chcę, żebyś był mój. - Usłyszał mój buntowniczy ton. Powagę w moim głosie potwierdzały szeroko otwarte oczy i zwinięte w kreskę usta.

- Jestem twój. - Tymi słowami oddał mi się. Pokonał ze mną drogę do łóżka i położył mnie na chłodnej pościeli. Przykrył mnie swoim ciałem tak idealnie... Obejmował mnie wielkimi umięśnionymi ramionami jakby chciał ochronić przed zagrożeniem. Byłem w siódmym niebie – niebie rozkoszy. I nie mogłem się powstrzymać, by sprowokować go do czegoś, czego każdy z nas obawiał się tak samo.

- A to oznacza, że nawet nie wiesz, w co się wpakowałeś. - Właśnie wtedy poczułem zastrzyk adrenaliny i zdołałem przewrócić Adama na plecy, wykorzystując przy tym element zaskoczenia. Chwyciłem jego nadgarstki i brutalnie przybiłem duże dłonie do łóżka ponad głową Lamberta. Sam nachyliłem się nad jego ciałem. Stykaliśmy się w niektórych miejscach, gdyż chciałem zachować jeszcze odrobinę przestrzeni nim wykonam swój plan. Nachyliłem się do jego ucha bardzo ostrożnie, a potem wyszeptałem parę słów. - Zniewoliłeś mnie, kochanie... A ja ci się poddałem. Pozwól, że teraz ja cię zniewolę... - Oblizałem jego ucho i przygryzłem płatek. Jęknął cicho, mając szeroko otwarte oczy. Dopiero teraz moje ciało uzyskało pełny kontakt z ciałem Lamberta. Położyłem się na nim i zacząłem ocierać. Szczególnie zależało mi na pobudzeniu jednego punktu. Mój penis uzyskał już właściwe rozmiary. Pora, by obezwładnione ciało uzyskało odpowiednie kształty. Moje podbrzusze zaczęło ocierać się o jego najwrażliwszy punkt. Jego penis żłobił moją skórę, a mój więzień sapnął, czując podniecenie. Jego oddech przyspieszył. - Oddasz mi się, Adam? Pozwolisz mi... Na wszystko? - Szepnąłem wprost do ucha, a potem moje usta wyznaczyły pocałunkami ścieżkę do ust, która biegła wzdłuż szczęki. Moje spojrzenie padło na obserwujące oczy. Musiałem znać odpowiedź, ale on zacięcie milczał. Przymusiłem go jednym ciężkim otarciem – nasze męskości drażniły się wzajemnie. Wiedziałem, że sprawia mu to przyjemność – mnie sprawiało. Wpatrzyłem się w niego, kiedy wypuścił z ust powietrze – prosto w moją twarz. Zamknął oczy i cicho powiedział:

- Zrób ze mną wszystko. Proszę, zrób to teraz... - Otworzył oczy, a zamglony wzrok powiedział mi, że jest gotowy na więcej. Bezwładne w tej chwili ciało, które leżało pode mną, wysyłało mi impulsy energii. Dlatego już za chwilę zatopiłem się z Lambertem w namiętnym pocałunku, który pozbawiał tchu. Puściłem jego nadgarstki, a on wykorzystał to, by mnie objąć. Jego dłonie ześlizgnęły się z mojego karku na plecy i masowały je teraz. Moja dłoń natomiast powędrowała na masywne udo. Zmusiłem go, by rozsunął nogi. Objął mnie jedną z nich, gdy ścisnąłem go za odsłonięty pośladek. Jego ciało zwilgotniało podobnie jak moje. Dzięki temu mogłem wykorzystać swoje palce do jedynego w swoim rodzaju masażu. Wzdychał, gdy wzbudzałem do wzwodu jego męskość. Teraz jęczał i sapał, gdy stymulowałem jego odbyt – był ciasny i gorący, ale próbował mi się podporządkować. Nie miał wyboru – jedyną drogą do przebycia była ta, która prowadziła do rozkoszy, a by poczuć rozkosz, najpierw trzeba poczuć ból. To ostatnie spróbowałem zmniejszyć do minimum.

Błyskawicznie zająłem miejsce między jego udami. Wziąłem ogromną męskość do ust i zacisnąłem wargi, uważając, by nie podrażnić skóry zębami. Krzyknął moje imię. Zacisnął powieki, a dłonie zaczęły ściskać pościel. Czekał na więcej – ta wiadomość dotarła do mnie, kiedy zgiął nogi w kolanach. Nie zapomniałem o tym, co było moim celem. Ponownie wsunąłem swój wskazujący palec do jego wnętrza, ale tym razem posłużyłem się też śliną. W sypialni oprócz zapachu spoconych ciał unosił się także szept – co kilka sekund powtarzające się moje imię: Tommy, Tommy Joe; oraz prośby o więcej. Oboje chcieliśmy więcej. Oboje czuliśmy, że zaraz akcja posunie się do przodu, że nasza historia osiągnie punkt kulminacyjny.

Oblizałem starannie sterczącą męskość bruneta i wspiąłem się po jego torsie do zmysłowo uchylonych ust. Zagłębiłem w nich język tak jak zagłębiłem w Adamie drugi palec.

- Ach!

Pojedyncze sapnięcie oraz pociągnięcie za włosy. Podnieciłem się. Jego język zaczął walczyć o dominację i wdarł się w moje gardło. Przyspieszyłem stymulację jego odbytu, a potem oderwałem się od niego. Spojrzał na mnie ze strachem w oczach, ale ten strach powoli wypierała odwaga. Naprowadziłem swój członek na jego odbyt, cały czas obserwując zachowanie piosenkarza. Natrafiłem na opór, ale zdołałem się wedrzeć przez najwrażliwsze miejsce, jakim był zwieracz.

- Boże! Och!

Kolejny krzyk, ale skutecznie zatkałem usta mojemu kochankowi. Mógł go teraz usłyszeć cały hotel, ale wcale się tym nie przejmowaliśmy. Ważniejsze były moje płynne ruchy posuwisto-fryktyczne, które drażniły mięśnie odbytu. Adam jęczał teraz, ponaglając mnie. Sam siebie ponaglałem. Uczucie ciasnoty i gorąca zawładnęło moim ciałem, a wibracje, jakie odczuwałem, wchodząc w niego coraz głębiej i głębiej, zwalały mnie z nóg. Nie byłem pewien, czy to wytrzymam, ale starałem się przedłużyć nasz moment do maksimum, do nieskończoności.

- Och, Adam... Adam... Kochanie...

Zaklinował mnie między swoimi nogami. Dociskał do siebie moje biodra, pomagając sobie rękami. Schowałem głowę w zagłębienie między jego szyją a obojczykiem. Oparłem przedramię za jego głową, by moje ruchy stały się jeszcze głębsze i bardziej efektowne. Wróciłem do stymulacji jego członka. Jęki wydawane przez dźwięczny głos na stałe wypełniły duszne pomieszczenie. Tym razem towarzyszyło im moje sapanie. Czułem, że zbliżam się do granicy moich możliwości. Wiedziałem, że Adam także traci nad sobą resztki kontroli. Mój umysł już dawno przestał działać. Zmęczone mięśnie nadal przesyłały zwiększoną ilość impulsów, które coraz szybciej dochodziły do głowy, ale ona przestała już je rejestrować. Jedyne, w czym teraz płynęło życie, to nasze podbrzusza. Zmusiłem się do ostatecznego wysiłku. Adam pomógł mi, wysuwając się naprzeciw i przejął inicjatywę. Zamiast orać paznokciami moje plecy zaczął masować swój członek najlepiej i najszybciej, jak umiał. Wiedziałem, co się zaraz stanie. Wiedziałem, a mimo to...

- Tom, dochodzę... Och! Aaa... - Masywny członek trysnął na mój brzuch gorącym płynem. Sperma spływała po mnie i po jego ręce. Lambert starał się wykrzesać z siebie ostatnie krople osiągniętej rozkoszy. Osiągnął szczyt. Ale jeszcze nic się nie skończyło...

Pracowałem dalej. Na zwiększonych obrotach. To były ostatnie pchnięcia. Moje oczy zamgliły się, więc zakryłem je powiekami, które ścisnąłem. Nie kontrolowałem się już. Wszystkie mięśnie mojego ciała zacisnęły się sekundę po tym, jak Adam dostał orgazmu. Jego mięśnie zacisnęły się wtedy wokół mojego członka, który wił się w jego ciele. To wystarczyło, by moim ciałem wstrząsnęły konwulsje.

- AAAAaaaa!!! - Krzyknąłem rozdzierającym głosem, a jego echo odbiło się w salonie. Moje nasienie zalało wnętrze Adama, ale nie mogłem się powstrzymać, by razem ze mną wypłynęło na zewnątrz. Uklęknąłem między nogami mojego kochanka i nachyliłem nad nim, by resztki mojego spełnienia wymieszały się z już zastygniętymi na jego brzuchu. Straciłem wszystkie siły. Gdy ostatnia kropla spadła w okolice pępka, spojrzałem zmęczonym wzrokiem na mojego kochanka. Opadłem na niego bez sił, ale on mnie złapał i ułożył na sobie. Uchwycił także moje usta i pocałował mnie z umiłowaniem i troską.

Te pocałunki były podziękowaniem – za mile spędzony wieczór i noc, za wspólne świętowanie końca starego roku i seksowne wkroczenie w nowy. Teraz, po tym wszystkim, miałem już odejść i nigdy więcej go nie spotkać, ale nie dopuścił do tego. Położył mnie wygodnie obok siebie i utulił w swoich ramionach, całując moje jasne włosy, drobną twarz o alabastrowej cerze i nagie ramiona. Okrył mnie pościelą, a z siebie uczynił poduszkę. Zasnąłem wtulony w jego tors. Zasnąłem, obserwowany przez tego, który mnie zwabił, nawet nie wiem, kiedy...

***

Obudziłem się gwałtownie. Ze snu wyrwało mnie skrzypnięcie łóżka. Moje oczy zarejestrowały sufit. Inny niż ten, do którego byłem przyzwyczajony – bez żółtej plamy będącej efektem zalania mieszkania sąsiada z góry, znacznie większy i... bielszy. Odwróciłem wzrok i napotkałem coś, co w moich myślach zajęło miejsce obrazu mojego domu. Szaroniebieskie jak morze oczy wpatrywały się we mnie w błogim skupieniu. Rozpoznałem tę twarz – wraz z nią w mojej głowie pojawiły się wspomnienia sylwestrowego koncertu i późniejszej upojnej nocy z... Adamem Lambertem.

Przestraszyłem się, ale potem moja twarz wygładziła się. Podniosłem się, pomagając sobie rękami. Zbliżyłem się do Lamberta tak, by móc zarejestrować każdy szczegół twarzy noszącej jeszcze ślady snu. Wpatrywał się we mnie jak w obrazek, czekając na to, co zrobię. Wyciągnąłem przed siebie swą dłoń i poprawiłem jeden z porozrzucanych kosmyków włosów piosenkarza. Potem moje palce lekko zarysowały jego szczękę, zsuwając się aż do podbródka.

- Przepraszam. - Wymruczałem cicho, ale dostatecznie dosłyszalnie, by mój towarzysz mógł zareagować uniesieniem brwi.

- Za co? - Zapytał tak troskliwie. Jakbyśmy się znali od zawsze. Jakby nas coś łączyło. A przecież my... Spuściłem głowę, rumieniąc się. Zabrałem rękę z podbródka Lamberta i złapałem lekko za nadgarstek jego ręki, o którą był oparty. Między nią a jego nagi tors były wsunięte moje nogi, które chciałem zsunąć z łóżka, by usiąść i zacząć się ubierać. Nie odpowiedziałem na pytanie. Zamiast tego rozejrzałem się, szukając moich ubrań. Nim jednak wstałem, poczułem ręce obejmujące mój goły brzuch i usta całujące kark. Zmrużyłem oczy pod wpływem tego przyjemnego dotyku.

- Powiedz, co się stało, Tommy. - Adam wyszeptał zatroskany i oparł podbródek na moim kościstym ramieniu. Odwróciłem głowę w jego stronę tak jak to uczyniłem przy błyskających się fajerwerkach.

- Nic, ale... Nie powinienem zasypiać tutaj – w twoim łóżku, w twoich ramionach. Po wszystkim powinienem się stąd zmyć, a nie budzić się pod twoim czujnym wzrokiem. Właśnie za to przepraszam. Teraz powinienem naprawić ten błąd i zniknąć zanim zrobię złe wrażenie. - Wytłumaczyłem bardziej sobie niż jemu. Ale to nie pomogło. Nadal trzymał mnie w swoich objęciach, a ja za wszelką cenę próbowałem się do tego nie przyzwyczajać.

- Nie powinieneś.

- Dziękuję za szampana i truskawki. I za resztę... - Zignorowałem słowa, których nawet nie zrozumiałem. Wypowiedział je ledwie słyszalnym szeptem.

- Nie żegnaj się ze mną, Tommy. - Przerwał mi podnosząc ton głosu do wyraźnego i zmuszającego do milczenia. Moje oblicze przybrało wyraz kompletnego zaskoczenia. Właśnie wtedy odwróciłem się do niego całym ciałem. Właśnie wtedy Adam ujął moją twarz w swoje wielkie ręce i obezwładnił namiętnym pocałunkiem. Przerwał go brutalnie, ale nie dał mi dojść do słowa. - Zostań ze mną. - Poprosił stanowczo i dopiero wtedy zaczekał na moją reakcję. Długo nie potrafiłem zinterpretować jego prośby.

- Mam zostać z tobą do śniadania? - Rzuciłem pierwszy pomysł, jaki przyszedł mi do głowy. Co Adam miał na myśli? I dlaczego mnie o to prosił? Dlaczego prosił o to mężczyznę, z którym tylko przygodnie uprawiał seks? Z którym spędził zaledwie parę upojnych godzin!

- Do śniadania, obiadu, kolacji. Nocy i następnego poranka. Proszę cię, byś spędził ze mną dzień i noc. Całą dobę. Jeśli ci się spodoba, będziesz mi towarzyszył przez cały tydzień. Co ty na to? - Zaproponował. Jego propozycja wywarła na mnie nie tylko ogromne wrażenie.

Oczy szeroko otwarte, uszy szeroko nadstawione, ale ani wzrok, ani słuch nie wierzą w realizm tej propozycji. „Cały tydzień”! Jesteś szalony – pomyślałem. Nieziemsko przystojny i niesamowicie utalentowany, ale kompletny wariat. Jak ja mógłbym...? I dlaczego właśnie ja? Adam... Chyba postradałeś zmysły. Muszę zniknąć nim się zarażę twoim szaleństwem.

- Ty chcesz, żebym... Ja... Adam, o czym ty mówisz? - Pogubiłem się w słowach, źle dobierając kolejne interpretacje usłyszanych słów. W końcu się poddałem. Uznałem to wszystko za żart.

- Dobrze słyszałeś. - Potwierdził. - Chcę... Proszę. Żebyś spędził ze mną ten tydzień. - Przemówił ponownie tym samym szelmowskim tonem.

- Dlaczego właśnie ja? - Zapytałem, rozważając prośbę. Miał dużo do zaoferowania od najseksowniejszego na świecie ciała i wypchanego portfela zaczynając. - Nawet mnie nie znasz.

- Wiem, że jesteś Tommy Joe. Wiem, że jesteś pierwszą osobą, która słucha zamiast patrzeć. Wiem, że jesteś pierwszym mężczyzną, któremu pozwoliłem się zdominować i nie żałuję tego. Wiem, że jesteś wyjątkowy bez dwóch zdań. I wiem, że o twoje nazwisko mogę zapytać później, bo nie wypuszczę cię, jeśli nie powtórzymy ostatnich kilkunastu godzin. - Dodał z uśmiechem, a ja nieśmiało ten gest odwzajemniłem. Przeniosłem spojrzenie na wargi, które właśnie zostały zwilżone przez mięsisty język.

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Im dłużej nad myślałem nad zwariowaną propozycją, tym bardziej się do niej skłaniałem. Czemuż by nie? Co mam do stracenia? Nie chciałem odchodzić. Odwlekałem to już zostając tutaj na noc. Nawet teraz odwlekam odejście. Chcę zostać z nim. Być przy nim. Uniosłem dłoń ponownie. Zarysowałem opuszkiem serdecznego palca kontur soczystych ust bruneta, który śledził każdy mój ruch. Potem moja ręka zsunęła się na szyję i spoczęła na karku, by powoli przyciągnąć piosenkarza w swoją stronę i ponownie zwilżyć jego usta – tym razem swoją śliną. Wymieniłem z nim płytki pocałunek, pragnąc go coraz mocniej i mocniej. Westchnąłem w jego usta, kiedy mnie do siebie przygarnął. Teraz siedziałem okrakiem na jego kolanach i całowałem go namiętnie, pieszcząc przy tym językiem. Był to nieśpieszny flirt naszych warg. Po chwili odsunąłem się nieznacznie, by znów ujrzeć tajemnicze morskie oczy.  Byłem już w pełni przekonany, jaką podejmę decyzję.

- Mam jeden warunek. - Zaznaczyłem, kiedy spróbował dokończyć nasz pocałunek. Zerknął na mnie zniecierpliwiony, ale skinął głową, bym rozwinął. - Jeśli mam być twój... A ty całkowicie mój... Chcę, żeby każdy wieczór był taki jak wczorajszy.

- A każda noc taka jak dzisiejsza?

- I każdy poranek taki jak ten, który właśnie stwarzamy. Z tobą trzymającym mnie w swoich silnych ramionach.

- I tobą poddającym się każdemu mojemu gestowi. - Dopowiedział. - Zgadzam się.

- Zgadzam się. - Powtórzyłem, lecz to była odrębna deklaracja. Przypieczętowaliśmy naszą umowę, kiedy moja szyja znalazła się w kleszczach jego dłoni, a jego usta w kleszczach moich ust. Położył mnie na poduszkach i stworzył poranek, jaki miał być powtarzany każdego dnia. Skrupulatnie wypełnialiśmy każdy punkt naszego ustnego kontraktu: romantyczny wieczór, upojna noc, leniwy poranek i reszta dnia – równie ciekawa. Oddychaliśmy tym samym powietrzem zaczynając rok, którego pierwszy tydzień był dla nas zupełnie inny niż wszystkie poprzednie. I było nam wspaniale.

Czy to była miłość? Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Teraz mogę z czystym sumieniem przyznać, że tak. Jeden dzień rzeczywiście zamienił się w tydzień. Ale tydzień stał się miesiącem, miesiąc – rokiem, a rok... Resztą mojego... Naszego życia. Warunek, który postawiłem, Adam starał się wypełniać skrupulatnie: nie wypuszczał mnie z rąk nawet, kiedy było to konieczne. Ja poddawałem się każdemu gestowi, jaki wykonał w moją stronę. W końcu mnie znał. Znał Tommy'ego Joe Ratliffa zanim go pierwszy raz zobaczył. Przecież Terrance to nasz wspólny przyjaciel...